Saturday, August 20, 2016

"To nie hejt, to służba społeczeństwu."

Witam w małym update poście, poprzedzonym długim ogólnym fuj wobec opinii w internecie (oraz oczywiście pasmem rewelacyjnych sukcesów, które uniemożliwiały mi pisanie). Uderzyło mnie zmęczenie materiału. Nawet nie zniechęcenie i poczucie bezradności. Po prostu niektóre rzeczy już zostały powiedziane, jak również pewne etapy zostały osiągnięte. 
Może zacznę tak: jechałam ostatnio tramwajem z mamą z tatuażem DORIAN + data, tatą z "jeb kurwy tęp frajerów" (cytat zapewne niedokładny) na szyi oraz małym Doriankiem, który, zgodnie z ogólnodostępnymi danymi wkrótce miał obchodzić drugie urodziny. Ojciec siedział sobie z synem na kolanach, nad nimi górowały dwie licealistki z gatunku raczej ogarniętych. I prowadziły standardowy dialog o tych wszystkich idiotycznych imionach dla dzieci, wiecie: Brajanki itd. Zastanawiałam się, czy ojciec Doriana w tej sytuacji czuł się bardziej zaatakowany, jeśli imię pociechy mentalnie zaliczył do hejtowanej grupy, czy właśnie połechtany w swej kreatywności. Ta wiedza nigdy nie będzie mi dana. Wiem za to, że mam za sobą wiele zabawnych pogaduszek o Andżelach i Dżesikach. Jakby już za wiele. Z zabawnej pogaduszki zrobił się wczorajszy mem. TOP TEXT: jezu głupi rodzice BOTTOM TEXT: Dżesiki Brajanki. Osoby świadome konwencji (wszyscy) przekazują sobie nawzajem oznakę wzajemnego zrozumienia i można iść dalej z konwersacją. I tak jest z bardzo wieloma rzeczami. "Kościół Katolicki, amrite?" - z głowy.
I to nawet lepiej.
to też etap do przejścia
I tu dochodzimy do etapów. Stwierdzam, że przejście takich etapów jak hejtowanie, dyskutowanie, nabieranie nowych perspektyw, wycofanie się z wielu dyskusji na przerobione na MOM tematy jest w najgorszym razie ewolucją, a nie brakiem konsekwencji. Okej, nie mówię, że skoro hejtowanie Brajanków i wyzywanie ludzi w necie od idiotów jest tak godnym elementem życia jak późniejsze stadia, ale pewnie trudno by było je pominąć. To jak sranie w pieluchy. Ludzie, którzy mają to szczęście żyć w pewnym stopniu konstruktywnie przejawiają takie wzorce przechodzenia nawet sprzecznych ze sobą etapów jako naturalny proces adaptacji lub rozwoju. Zaprzeczenie, gniew i tak dalej - brzmi znajomo? Jest iluzją, że każdy od zawsze był taki czy inny, jest też naiwnością twierdzić, że różne przejścia i zmiany dzieją się z dnia na dzień. Fazy relacji między ludźmi, akceptowanie trudności, radzenie sobie ze zmianą - to wszystko ma etapy. Dlatego ten obrazek może być jednocześnie ironiczny i nieironiczny:
a może potrzebujesz etapu konfliktu, żeby unikać konfliktu?



Zawsze można wziąć sobie ksywkę po kimś ze starożytności i kupić fedorę
   Oczywiście to nie tak, że każdy człowiek wkurwiający innych w internecie, lub po prostu psujący sobie krew dyskusjami z nacjonalistami, które nieuchronnie prowadzą do gróźb gwałtu i wyzywania od feministek, pewnego dnia uzna te czynności za etap podróży, który doprowadził ich gdzieś indziej. Ale potencjalnie by mogło tak być. Dlatego sama coraz mniej chętnie angażuję się w walkę z wiatrakami/nawracanie nawróconych. Mój weterynarz też to poleca. Zdaję sobie sprawę z rozkoszy czytania mojej narracji, jednak jeśli wszystko, co napiszę o szokujących kwestiach może czytających doprowadzić tylko do "tak, tak, wiem" albo do bólu dupy, myślę, że możemy sobie darować ogólne marudzenie na bractwa małych stópek i Korwina. Na świecie jest mnóstwo ciekawych rzeczy do zaobserwowania i nie mam czasu obserwować tego, co już wyobserwowano tak intensywnie, że Greenpeace nie ma się do czego tam przykuwać ORAZ grać w głupie gry na Steamie. Wybór jest oczywisty. 
Na pewno mimo to jest jeszcze o czym pisać, a myślenie wciąż nie boli. A Brajanek to kijowe imię nie.


Friday, May 20, 2016

Strefa komfortowego oburzenia

Jako gatunek jesteśmy istotami znajdującymi spokój w rytuałach. Potrzebujemy ich jeszcze bardziej w sytuacjach niepokoju. Tak jak kwestie małżeństwa, ciąży czy spędzania piątkowego wieczoru lubimy mieścić w paru wariantach utartego scenariusza, tak generalnie korzystamy ze schematów Dzielnej Walki z Chorobą, Traumą Niekochanego Dziecka albo Krzywdy Kobiet. Im bardziej krępujące i problematyczne zagadnienie, tym bardziej potrzebujemy schematu. Dlatego wyjście poza scenariusz i zaskoczenie gości zazwyczaj lepiej się odbiera na weselu niż na pogrzebie. Nie jest lepiej z przemocą seksualną.
Pierwsza kwestia, na którą naprowadziły mnie rozmowy z moim bratem to ciekawa tendencja w krytyce sposobu przedstawiania takich wątków w filmach, książkach i serialach. Otóż o ile nikt nie oczekuje, że przy każdym trupie (nawet jeśli giną niewinne dzieci) w filmie akcji przez ekran przebiegnie komunikat "V NIE ZABIJAJ", to często zdarza się, że różne osoby, z moich obserwacji często mężczyźni, zgłaszają uczucie dyskomfortu z oglądania scen przemocy seksualnej pozbawionej jasnego komentarza potępiającego tę przemoc (przy czym nie widziałam większej paniki i oburzenia na scenę gwałtu, w "Dziewczynie z tatuażem", niż u osobnika jak się później okazało odpowiedzialnego właśnie za przemoc tego typu). Pamiętacie falę reakcji na niektóre (i to też ciekawe, że tylko niektóre, ale bez spojlerów) z tych paru scen gwałtów w "Grze o tron"? Ludzie zaczęli bojkotować serial, bo pokazuje przemoc wobec kobiet. Cóż, kiedy ostatnio sprawdzałam w ogóle pokazywał sporo uzasadnionej realiami (opartymi na realiach jakby nie patrzeć historycznych) przemocy, włącznie z tą wobec dzieci, i to nawet ze strony tej samej postaci. Trudno jednak szukać podobnej reakcji. Nikt nie próbuje sugerować, że serial sugeruje, że wywalanie dzieciaka z wieży na niemal pewną śmierć (aby nie przeszkodził w kazirodczym sam na sam) to spoko pomysł. 
Można próbować tłumaczyć takie reakcje przekonaniem zatroskanych, że społeczeństwo nie traktuje gwałtów tak jednoznacznie jak morderstw. Niepokój jednak pozostaje. Jeśli istnieje wśród widowni zauważalna grupa oczekująca, że w oczywisty sposób pokazana krzywda będzie dodatkowo akcentowana i konsekwentnie jedyną taką krzywdą jest przemoc seksualna, może to świadczyć o problemie samych widzów. Potrzebujemy dodatkowych zapewnień, bo sami nie jesteśmy tacy pewni.
I wracamy do wspomnianego wcześniej konwencjonalizmu takich spraw. Jodie Foster wyraziła ostatnio interesującą opinię na temat motywu gwałtu w filmach. Otóż według niej mężczyźni tworzący filmy lubią używać go jako łatwego środka do uzyskania dramatyczności w życiorysie bohaterki. Nie wnikają w psychikę postaci, nie próbują przedstawić innych skutków przemocy seksualnej niż te konwencjonalne, akceptowane i wręcz oczekiwane. Faktycznie, zazwyczaj gwałt na postaci jest małym zaskoczeniem. Trauma jest przeżywana konwencjonalnie i zazwyczaj wygasa po dokonaniu zemsty lub znalezieniu obrońcy bez trwałych konsekwencji. Miłość dobrego faceta nie zostanie wystawiona na próbę większą niż parę dobrodusznie uśmierzonych momentów lęku. Historia nie zatoczy koła i córki dawnych ofiar wyrosną na silne kobiety. Problem zostaje rozwiązany a na widzów (przede wszystkich tych, którzy sami nie doświadczyli tego problemu) spływa ciepłe uczucie zbliżone do katharsis. 
Czy twierdzę <tu wstaw dowolny wniosek wskazujący na to, że jestem złym człowiekiem>? Nie. Twierdzę, że
 I dotyczy to przede wszystkim tematów trudnych i ważnych. Dlatego lepiej dyskutować i wnikać w niuanse niż raczyć widownię plastrem odgrzewanej pizzy jakim jest przewidywalny wątek zgwałconej osoby, od której więcej wymagamy, niż chcemy zrozumieć.

Friday, April 29, 2016

Porcelanowe aniołki

O depresji zwykle mówi się za mało albo źle. A jak się już mówi w sensowny sposób, i tak odbiór jest słaby. Przez potężną siłę tendencji naszych umysłów do polaryzacji, zazwyczaj nie ma szans na nic nowego, jest albo kpina (bo każdy ma gorsze dni i depresja to po prostu lenistwo), albo histeria (bo autozdiagnozowana depresja nie podlega dyskusji i jest kontrargumentem na wszystko). W rezultacie depresji albo nie ma nikt, albo ma ją każdy, kto tak twierdzi. Nie jestem osobą, którą bawią ekskluzywne kluby i "mam na to papier", ale oczywiście nie ma nic dobrego w utrwalaniu społecznego wizerunku depresji jako czegoś fascynującego, głębokiego i pięknego.
Prawdopodobnie to martwiło też młode pomysłodawczynie akcji "Porcelanowe Aniołki", wspierającej dzieci i młodzież z depresją. Zajmują się promowaniem konstruktywnych postaw na rzecz walki z depresją oraz przeciwko promowaniu "modnej depresji".
Dużo słowa na p. Dalej nikt nie wie, co właściwie ono znaczy. W artykułach na stronie Aniołków znajdujemy przekaz o tym, jak propaganda sukcesu szkodzi niedoskonałym (czyli wszystkim) młodym, jak bolesne jest cierpienie w milczeniu, oraz o tym, że epatowanie "modą" na depresję jest szkodliwe. Granice są cienkie. Taką promocją są smutne memy z żyletkami, ale też nihilistyczne obrazki z Schopenhauerem. Alternatywą ma być pozytywny i aktywizujący przekaz, ale bez "weź się uśmiechnij".  To nas prowadzi do ogromnego problemu - kto i jak ma prawo mówić o poważnych problemach? Czy jesteśmy odpowiedzialni wobec innych potencjalnie cierpiących mówiąc o własnym cierpieniu? Trudno powiedzieć, co szkodzi tym dzieciakom bardziej - plastikowy świat Instagrama, czy podany wprost czyjś nihilizm. Czy cierpiąc na depresję postępujemy głupio albo masochistycznie znajdując rozrywkę w memach o bezsensie i cynizmie? Można się kłócić, że pisanie wprost o nieuchronności śmierci jest zamachem na młodzież, z drugiej strony czym jest wpływanie na ich umysły tak, by w nią nie wierzyli? Czy pisanie o przegranej walce z rakiem jest promocją umierania na raka? Czy w ogóle możemy to porównywać? 
straszny, ponury przekaz czy mimo wszystko pomocna rada? (u mnie działa)
Nie będę bawić się w formułowanie ogólnych zasad, ale zazwyczaj jeśli ktoś faktycznie modnie zieje depresją każdą dziurką, prawdopodobnie jest w miarę bezpiecznym przypadkiem. Za to często ludzie reagują na wieść o czyjejś depresji zaskoczeniem "nie spodziewałabym się tego akurat po tobie!". 
doot
Moda tak nie działa, jaki ma sens, skoro nic nie widać? Problem może polegać na stawianiu znaku równości między nihilistyczną filozofią życiową a chorobą, którą należy leczyć. Czy wtedy przypadkiem nie przestajemy traktować jej jak chorobę? Właśnie dzięki terapii i lekom można doprowadzić chorego do stanu funkcjonowania w społeczeństwie i motywacji do życia, bez względu na to, czy dana osoba wierzy w jego głębszy sens lub nie. Taki przynajmniej jest moim zdaniem ideał. Powiem więcej - często rozpaczliwe poszukiwanie głębszego sensu i powodu może mieć duży związek z depresją. Pogodzenie się z przemijaniem i śmiertelnością może być stabilniejszą podstawą spokoju i zdrowia psychicznego niż kurczowe trzymanie się perspektywy zbawienia (na przykład). 
Nie płaczesz, jeśli nie masz po co ;)
Niewłaściwe rzeczy są tabu, skoro wywrotowym aktem jest powiedzenie nieironicznie że wszyscy umrą. Nie wiem jak wypieranie takich faktów ma pomóc w poszukiwaniu zdrowia psychicznego. A poza tym, miałam depresję zanim była modna. 

to podobno nie jest okej

Saturday, March 26, 2016

Ile za to życie? Nie to, tamto po prawej.

Temat wartości życia jest zestawem startowym do niezwykle prostej gry towarzyskiej polegającej na odliczaniu czasu aż ktoś powoła się na Hitlera. Gry nie polecam, bardzo się postarzała z czasem, przykre jest zwłaszcza nieaktualizowane AI postaci. 
Ostatnio doszłam do ciekawej myśli i postanowiłam się nią podzielić ze światem z dobrego serca. Co może zaskakiwać, Tomek zrobił dobrą robotę i dostarczył mi inspiracji oraz idealnej ilustracji tego problemu w jednym.   
Było już sporo doskonałych przykładów satyry na to, kiedy konserwatyści cenią życie (np. głównie przed narodzinami), było też dużo przerzucania piłki kto bardziej szanuje życie i dlaczego. I dotarło do mnie, że problem oprócz stopniowania tej wartości jest jeszcze jeden, bardzo ważny.

Tradycjonalistyczny szacunek do życia polega na przypisaniu mu wartości absolutnej. Każde życie jest święte. To znaczy, ludzkie życie. To też Tomek narzekał jak nieprzyzwoite jest pochylenie nad życiem zwierząt. Nie dziwi też, że w tej sytuacji przypisywanie ludziom "zezwierzęcenia" leży niebezpiecznie blisko od skasowania ich złotej karty klubowicza wartościowego życia. Życie, każde ludzkie życie, jest ważniejsze niż inne dobra, takie jak zdrowie i bezpieczeństwo. Dlatego na przykład biskupi tłumaczą, że nie wolno usuwać ciąży pozamacicznej dla ochrony zdrowia kobiety, tylko czekać, aż nieuchronnie dojdzie do bezpośredniego (bo poważne, ale pośrednie istniało od początku) zagrożenia jej życia i wtedy ingerować.
(okej, wciąż nie wiem jak się do tego ma kara śmierci albo wojna) 

Tymczasem paskudne relatywistyczne i zepsute liberalne spojrzenie na życie polega na tym, że życie nie ma tego absolutnego statusu świętości. Czyli ktoś na przykład może postawić swoją godność ponad pozostałe mu parę tygodniu cierpień. Życie jest wartością indywidualną, złożoną, trudną w ocenie.

I oto clue:
Nie sądzę, żeby było tak, że ktokolwiek ma doskonałą odpowiedź, a już na pewno nikt nie może zaproponować dobrego, etycznego (cokolwiek to znaczy) rozwiązania systemowego. Za to nie mam wątpliwości co jest bardziej ludzkie. 
Absolutna świętość życia człowieka w myśleniu produktów terlikopodobnych pozwala na robienie czystej matmy. Matma jest przecież królową nauk, a liczby nie kłamią. No nie kłamią, a matma jest super ważna. Ale nie jest najlepszym pomysłem opisywanie liczbami całkowitymi i operowanie na nich prostymi działaniami, kiedy mówimy o życiu, cierpieniu, godności itd. Do tego zwykle i tak nie robią tego żadni matematycy, tylko zwykłe liski chytruski, które sądzą, że jak dodadzą sobie coś na kalkulatorze, to już wygrali w dyskusję. 
Życia są jak cyferki na koncie, tracą całą tę zbędną i niepotrzebnie komplikującą wszystko otoczkę, uczucia, indywidualizm, godność inną niż ta rozumiana przez mądrych panów. Chyba, że chcemy zrobić z jakiejś pojedynczej historii lekcję dla maluczkich. Wtedy to życie ma znów twarz, ale taką, która staje się obowiązkowa dla wszystkich. Fronda pisze o jednej dziewczynie z małogłowiem (okej, która miała akurat wyjątkowo dużo szczęścia), która żyje i ma się dobrze, więc nie wolno zezwalać na antykoncepcję dla zagrożonych zakażeniem kobiet. Albo słyszymy coś takiego:
Morfina już nie pomaga? Trudno, JP2 dał radę, ty też dasz.

Tomek liczy sobie trupy, dodaje, odejmuje i mu wychodzi co trzeba zrobić z Europą. I przy okazji trochę okazuje brak szacunku tragicznie zmarłym. Trochę.

Wednesday, March 9, 2016

Opowiem wam historię

Jest porwana, zamknięta w piwnicy, do której ledwo wpada światło. Ona i jej córki kulą się, oszołomione obcym otoczeniem i sytuacją, niepewne co je czeka. Nikt nie informuje ich o celu ani powodzie, nikt nie pyta o zgodę na dokonywane zabiegi. Dotykają jej obce dłonie w rękawiczkach, w sposób i w miejscach, które budzą jej sprzeciw i lęk. Budzi się po narkozie z podłużnym szwem na brzuchu. Nikt nawet jej nie powiedział, że została pozbawiona wewnętrznych narządów rozrodczych. Staje się nerwowa, niespokojna, agresywna w stosunku do swoich dzieci. Zostaje od nich oddzielona kratami i już nigdy nie będzie mogła się do nich zbliżyć. Rana goi się, ona jednak choruje, mówi się o przeniesieniu jej w nowe miejsce, jednak jest za słaba, nie toleruje pożywienia. W końcu trafia w obce otoczenie, z dala od wszystkich, których kiedykolwiek znała. Dostaje nowe imię, znów jej opinia nie jest istotna. Nie będzie jej dane swobodnie opuszczać tych zamkniętych pomieszczeń. Jest zmuszona jeść z miski na podłodze, załatwiać potrzeby fizjologiczne bez możliwości odosobnienia. Raz na kilka miesięcy jest przewożona na badania, gdzie lekarz bezceremonialnie dotyka jej ciała i podaje nieznane jej leki. Nie wie nic o losach swoich dzieci, nie ma prawa do adwokata, nie działa na jej rzecz Amnesty International. 
Te wydarzenia dzieją się bliżej niż myślisz. W moim mieszkaniu. Oto bohaterka tej historii. 
Czuje ból, strach i stres. Lubi obserwować ptaki za oknem, świeżego kurczaka i głaskanie po pleckach. Kiedy piszę, wyleguje się na krześle obok, co jakiś czas upominając się o pieszczoty. 
Wracam z obrad interdyscyplinarnej konferencji poświęconej obcości. Jakie prawa, dla kogo i kto może je przyznawać zawsze będzie problemem. Czym różni się zapewnianiem zwierzętom danych praw, a nie innych, bo wiemy za nie, czego im trzeba od tego, co ludzie robili sobie przez stulecia, choćby przez systemy typu "osobne, ale równe"? Oczywiście wieloma rzeczami, ale nie wierzę, że można to opisać w sposób wyczerpujący. 
Czy moja kotka jest szczęśliwa? Zwierzęcy behawioryści pewnie w dużym stopniu mogą to ocenić. Ale czy jesteśmy w stanie objąć empatią przekraczającą nasz antropocentryzm koncepcję szczęścia inną niż naszą własną? Prawdopodobnie mniej skomplikowaną, mniej zależną od czynników takich jak ambicja, świadomość własnej śmiertelności itd. 
Czy jesteśmy w stanie pozbawić się przekonania o własnej wyższości, my, rasa tak złożona i zaawansowana, że stworzyliśmy całe wyrafinowane systemy społeczne oparte na wyzysku, wstydzie i poczuciu własnej bezwartościowości?
W nurcie feministycznym miałam okazję spotkać się z opiniami, że nie ma praw kobiet bez praw zwierząt. O ile brzmi to obiecująco, niestety sprowadza się to do przypisywaniu zwierzętom ludzkich kategorii płciowości, co prowadzi do sytuacji, w której zamiast sprzeciwiać się cierpieniu wszystkich zwierząt, dochodzimy do akademickich dyskusji, w których sztuczną inseminację (czy wszelkie inne czynności wymagające dotykania genitaliów) krowy przyrównujemy do gwałtu, ponieważ zwierzę nie może wyrazić zgody. Mam poważne podejrzenie, że nieproszone dotykanie po wymionach należy do raczej niskich priorytetów na liście problemów krowy w masowym przemyśle spożywczych produktów zwierzęcych. Nie czuję się też jak przestępca seksualny zabierając Danę do weterynarza. To instrumentalizowanie losów tych zwierząt, na które ludzie dokonują projekcji swoich problemów, zamiast faktycznie dążyć do sprawiedliwości wobec nich. Niestety, znów rozbijamy się oczywiście o problem, co tak naprawdę dla nich stanowi taką sprawiedliwość.
Ta osoba (i jej książki) prawdopodobnie mogłaby nam trochę pomóc. Bo jeśli nie chcemy spocząć w przyjemnym, komfortowym i lepkim łożu ułudy, że mamy kwestie podmiotowości, człowieczeństwa i praw poukładane, jesteśmy skazani na ciągłe stawianie takich pytań i swędzenie z tyłu głowy. A pomyślcie, że zaraz do tego wszystkiego na poważnie dojdą roboty, a raczej sztuczna inteligencja. What a time to be barely alive!

Sunday, March 6, 2016

O tym jak nauka nie odpowiada na niektóre pytania

Słyszałam o przypadku, gdy dowód anegdotyczny był adekwatny.
Takie tam śmieszkowanie, ale jeszcze nie tak dawno zakładałam, że świat byłby lepszy, gdyby ludzie podejmowali lepiej poparte dowodami i logiką decyzje. I że nauka jest sposobem na naprawę stanu obecnego. Spoiler alert: już tak nie myślę. 

 

Wniosek z dotychczasowej pracy naukowej nr 1

Szukanie odpowiedzi dlaczego ludzie coś robią z przekonaniem, że taka odpowiedź istnieje, lub jest zadowalająca czy też spójna, jest naiwnością. Ten rodzaj przebudzenia przychodzi dość wcześnie. Zderzenie fascynujących hipotez z mokrą materią uświadamia młodego idealistę, iż nawet jeśli jednostki i grupy na przykład konstruują swoją tożsamość/przynależność grupową/hierarchię za pomocą określonych zachowań językowych, nie znaczy to, że mają oni zielone pojęcie co robią i dlaczego, co w dodatku przy małych grupach badanych zazwyczaj prowadzi do wniosków, które są zarówno daleko idące, jak i poważnie obciążone ryzykiem bycia absolutnie przypadkowymi. Nadchodzą kolejne badania skoncentrowane na poszukiwaniach Prawdy i Odpowiedzi, podczas gdy jedyne co nam pozostaje to rozczarowująco beznamiętny opis jak jest, i wniosek: "ludzie zwykle robią to co inni lol" oraz narastające zniechęcenie. One wszystkie są takie same.

Wniosek z dotychczasowej pracy naukowej nr 2

Lakoff twierdzi, że przekonanie, że ludzie będą podejmować decyzje oparte na logice i trzeźwej analizie faktów (w co każdy skwapliwie wierzy, przynajmniej we własnym przypadku, bo przecież to podstawowa psychologia, że chcemy w swoich oczach być osobami racjonalnymi) jest głęboko naiwne i wskazuje na twardogłową ignorancję na wszelkie osiągnięcia intelektualne od czasu XVIII wieku. Wniosek z tego taki, że najgłupszym co można zrobić jest rozdzieranie szat, tupanie nogą lub dostawanie ataków ciężkiego bólu dupy. 
W związku z tym, problemem nie jest to, że ludzie kierują się emocjami, tylko to, że udają, że emocje nie są częścią procesu decyzyjnego. 

Epilog nr 1

Trzeba zaakceptować bezcelowość i absolutny subiektywizm. Chyba, że się nie chce, bo przecież nie ma obiektywnych odpowiedzi. 



Epilog nr 2

To nie jest tak, że wyborcy obecnej partii rządzącej kierowali się emocjami, a nie rozumem, a ty tak. Ani odwrotnie. Heurystyka i decyzje oparte na emocjach i szyldach ideologii są tak samo potężnymi siłami jak złudzenie bycia od nich wolnym.


Sunday, January 24, 2016

Star Wars VII: obrzydliwa propaganda

Jako miłośniczka filmów ze statkami kosmicznymi i sagi Star Wars wyszłam z kina zachwycona Force Awakens. Oglądało się świetnie, nostalgia była, ale bez przesady, fantastyczna obsada, nieżenujące żarty, sama przyjemność. 
Nie da się ukryć, że ten film trzeba zaliczyć do tych premier 2015, które zaoferowały satysfakcjonujące postaci kobiece (obok np. Mad Maxa czy Marsjanina). Nie chodzi nawet o kobiety w rolach głównych, chodzi o postaci, które coś robią. I czuję się zobowiązana zwrócić uwagę, że mój feminizm nie przeszkadza mi w cieszeniu się dobrą fabułą i nie widzę najmniejszego problemu z filmami/książkami bez niekartonowych postaci kobiecych. Oto moje dwa kryteria, żeby taki twór mógł być dla mnie mimo tego doskonały w odbiorze:
a) fabuła NAPRAWDĘ to uzasadnia (nie, nie widzę potrzeby wciskania na siłę kobiecej postaci do historii o np. wojnie, w której faktycznie brali udział tylko faceci)
b) dzieło jest stare i to nie jego wina że pochodzi z czasów, gdy kobiety nie miały nic do gadania.
 Na przykład czytam sobie teraz "20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi", gdzie nie uświadczyłam postaci bez chromosomu Y, a bawię się świetnie. Po prostu, wtedy ich nie było w takich książkach, tak jak nie było kolorów w kinie za Charliego Chaplina. 
W przypadku nowych filmów lubię zobaczyć ciekawą postać kobiecą, w czymś co nie jest typowym chick flickiem czy operą mydlaną, do tego jeszcze taką, która nie jest po prostu elementem dekoracyjnym albo oczywistą kliszą Zła Uwodzicielka/Dama w Opresji/Michelle Rodriguez itp itd. 
Wprowadzanie takich postaci jest jednak często trudniejsze niż się wydaje, bowiem nie da się tak po prostu zachwiać porządku, który przecież był święty od początku świata. Czytałam kiedyś jak ktoś z wyrzutem bronił tezy, że w lekturach szkolnych jest dość wzorców postaci kobiecych, bo we "Władcy Pierścieni" są aż 3. Ja bym powiedziała, że oczywiście, że jest to ze względu na wiek książki zrozumiałe, ale te trzy babeczki są mocno styropianowe. Okazuje się jednak, że dla wielu mężczyzn jest to absolutna granica tolerancji.
Był już potworny ból nad Mad Maxem, teraz jest z powodu Star Wars. Posłuchałam trochę zmartwionych krytyków filmowych z youtube i faktycznie, jest źle. Usłyszałam, że film ten zawiera ginocentryczny przekaz, z którego wynika, że kobieta może być mądrzejsza/skuteczniejsza niż mężczyzna i oczywiście, że to wszystko jedna wielka feministyczna propaganda. Jeden gość wymawia "pro women" jakby mówił "pro satan" czy coś.
Wszystko przez Rey, która nie tylko jest za dobra w tym co robi, ale jeszcze do tego bezczelnie nie potrzebuje mężczyzn do pomocy. Inny youtuber opowiadał jak wzdrygał się za każdym razem, gdy upokarzała np. Hana, gdy wykazała się wiedzą techniczną w rozmowie o Sokole. 
Znałam kiedyś gościa, który pienił się, kiedy znałam odpowiedź na jakieś pytanie z wiedzy ogólnej albo gdy wyrażałam jakąś bardziej złożoną opinię, bo to "podważało jego męskość". Jak łatwo się domyślić, ten przypadek był raczej ciężki i beznadziejny. Ten wygląda podobnie:
W sumie to mnie bardzo bawią te głosy. Podejrzewam, że jeszcze jakiś czas temu bym się zdenerwowała, ale teraz raczej uświadomiłam sobie, że ich lęk przed kobietami, które radzą sobie same mi nie zagraża i jest ich problemem. Niestety, wygląda na to, że jednak taki filmy będą się pojawiać, bo w jakiś niewytłumaczalny sposób znaleźli się ludzie, którzy niezależnie od płci dobrze się bawili oglądając i nawet mężczyźni, którzy nie poczuli, że ich genitalia się skurczą od oglądania postaci kobiecej, która ogarnia życie i nawet nie potrzebuje do tego szczuć cycem. 
(Tak, widziałam też sprzeciw, że Rey jest mało interesująca wizualnie, więc nie ma racji bytu jako kobieta w filmie. Kurde, a mogła mieć lateksowy kostium z podwiązkami.)
Jak nie możecie zrobić krągłego napierśnika z dekoltem to może chociaż różowy hełm?
 

Saturday, December 26, 2015

Trzeciego dnia

To będzie zdecydowanie moje najbardziej bezwstydne wyznanie tego roku. Udało mi się doświadczyć syndromu trzeciego dnia. 
Prawdopodobnie można używać tego terminu również w stosunku do zjawisk wywołanych dłuższym stosowaniem różnych substancji pobudzających, jednak chodzi mi o ten psychologiczny efekt, który zawdzięczamy przynajmniej trzydniowemu odcięciu. Zwykle mówi się o odcięciu od technologii i zanurzeniu w naturze. Trzeciego dnia jesteśmy w stanie poczuć faktyczną różnicę w samopoczuciu i procesach umysłowych. Nie powiedziałabym, że dokładnie to miało miejsce, bo te święta spędzam z rodziną, pod dachem i z dostępem do internetu. Ale faktycznie przestałam sprawdzać poczty/czekać na telefony, przestałam kontrolować jaką mamy godzinę i dzień, nie musiałam robiąc jednej rzeczy wizualizować sobie kolejki następnych czynności na dzisiaj, na resztę tygodnia, na następny semestr. 
Dlaczego jest to bezwstydne? Bo uświadomiłam sobie jak dawno ostatnio mogłam sobie pozwolić na pełne trzy dni absolutnego spokoju. Nawet z gorączką trzeba pracować, a od kiedy wynaleźli te malutkie stoliki do laptopów leżenie w łóżku nie jest wymówką. Posiadanie dłuższego czasu absolutnie wolnego wydaje mi się czasem tabu. "Jestem zmęczona", "w tym tygodniu przespałem łącznie 20 godzin", "nie pamiętam kiedy miałem na to czas" są typowymi wypełniaczami konwersacji prowadzonych wśród ludzi, których znam. Zapędziliśmy się w sytuację, w której nie można się odciąć na jeden dzień bo klient nie zadzwoni drugi raz (chociaż jest niedziela w wakacje), bo e-mail o ważnym spotkaniu jutro może przyjść dziś wieczorem, bo czas ucieka. Czas pełnego relaksu dłuższego niż wieczorna kąpiel (na bogów, nie codziennie) jest luksusem. Chwalenie się posiadaniem go jest równie nieprzyzwoite jak napełnianie basenu przed domem podczas suszy. Za to kiedy mówię, że ostatni weekend bez pracy ani szkoleń miałam dwa miesiące temu mogę liczyć na głosy poparcia i zrozumienia. Jesteśmy zjednoczeni w przepracowaniu. 

Jednym z obowiązkowych argumentów dyskursu przeciwników szeroko pojętego socjalu jest "bo trzeba pracować ciężko a nie marudzić, JA PRACUJĘ 11 godzin na dobę". Jakby nie było nic chorego w tym, że jedyną alternatywą dla zarabiania ledwo na absurdalnie zawyżony czynsz/kredyt jest spędzanie połowy życia w pracy (ale za to poczucie wyższości w pakiecie). 
Wytykanie innym krótszego czasu pracy jest też typowym sposobem umacniania niechęci między grupami społecznymi i zawodowymi. Bo nauczyciele to sobie pracują tylko 18 godzin, a ktoś inny pracuje tylko 40, a ja robię nadgodziny, więc tylko ja znam życie. Bo kadra naukowa to pasożyty. 
Kiedyś koło 11 przed południem otworzyłam drzwi panu od jakichś pomiarów. Byłam wtedy studentką, plan zajęć bywał dziwny, dziurawy i do nocy, ale niestety nie zawsze w godzinach normalnej, uczciwej pracy. "Dobrze ci tak, co? A na uczelnię się nie chodzi." Próżno by było tłumaczyć ile godzin dziennie jestem produktywna i jak. Do tej pory czuję się czasem jak leniwa buła w oczach takiego pana listonosza, gdy otwieram mu w piżamie. Przecież nie będę się bronić, że uczę w szkole wieczorami, na uczelni tylko w niektóre dni, i że właśnie wstałam od pisania artykułu. 
Nie ufamy sobie w społeczeństwie, lubimy patrzeć sobie nawzajem na ręce. Poczucie krzywdy tym, że ktoś pracuje mniej albo za lepsze pieniądze bardziej sprzyja niechęci wobec innych pracujących niż wobec prawa czy pracodawcy, nawet gdy te ostatnie są powodem naszych problemów. 
Kiedy zaczęła się automatyzacja, powstawały maszyny zastępujące ludzi, wizjonerzy przepowiadali przyszłość, w której ludzie będą pracować tylko tyle, ile będzie konieczne. Resztę czasu mogliby być ludźmi, rozwijać się, tworzyć, dyskutować. Widziano w tym nadzieję na kolejną epokę oświecenia. Tajemniczo jednak, gdy jakaś czynność się upraszcza, ogólny nakład pracy nie zmniejsza się. Kto jest temu winny? Na pewno nie znajoma, która pracuje tylko 35 godzin w tygodniu.

Wednesday, December 23, 2015

Sam w domu.

Nawet nie mam problemu z komercjalizacją świąt. Myślę, że nasze umysły po kolejnym roku, w którym pierwszy raz piosenki z dzwoneczkami słyszano w listopadzie się zaadaptowały. Naprawdę, są gorsze rzeczy. Na przykład problem, który był pewnie zawsze i wciąż się nie uodporniliśmy. 
Cieszę się świętami, naprawdę je lubię, zwłaszcza gdy co jakiś czas rewiduję swoje wobec nich oczekiwania. Bo magiczny czas rodzinny wzruszeń, szczodrych porywów serca i wewnętrznej przemiany nie jest dla mięczaków. Możesz narzekać na rozdmuchaną atmosferę błogości, możesz twierdzić nawet że ona dla ciebie nie istnieje. Ale zawsze jakoś tam poczujemy ukłucie oczekiwań. Innych, bliskich, całego świata, żeby czuć się lepiej i inaczej. Albo nas samych, bo nawet jeśli nie kręcą cię lampki choinkowe i wspólne rozwiązywanie kokard na gustownych pudełkach, to coś nam jednak (niestety nie na piśmie) obiecano. Najpierw się okazuje, że Mikołaj nie istnieje, potem ten cały cyrk z seksem i śmiercią, a teraz jeszcze ktoś wymachuje nam przed oczami dowodem na to, że nasze nadzieje na głębokie i dobre relacje między ludźmi też nie do końca są tak oczywiste jak mieliśmy nadzieję. 
Ludzie z problemami, z depresjami, z rodzinami, w których już nie jest super, albo nigdy nie było czasem mogą się poczuć nie na miejscu. Moje życzenia dla was: przetrwajcie. Nie dajcie się sfrustrować niezrealizowanemu scenariuszowi, nawet jeśli sami go napisaliście. To nie prawda, że jak coś jest inaczej niż powinno, to nie ma co ratować reszty i tworzyć nowego planu. Myślę, że w tym wszystkim chodzi o to, żeby człowiekowi było trochę mniej źle niż wcześniej. A jeśli się nie poddamy zniechęceni przeciwnościami z układaniem się ze światem we własnej głowie może nawet będzie nam trochę mniej źle na stałe. A to już, gdyby takie rzeczy istniały, prawdziwy świąteczny cud.

Friday, November 13, 2015

Ból, zło, krzywda, takie tam

Jestem złym człowiekiem. 
I ty też.
Jesteśmy dość kiepskimi istotami, jeśli zdecydujemy się na jakiś standard moralny, nawet taki najtańszy, bez kanału z reportażami.
Siedzimy na dupach przed kompami i walczymy na fejsie o abstrakcyjne punkty przewagi w dyskusjach na tematy, o których nie mamy pojęcia, dotyczące losów ludzi, którym nie poświęcilibyśmy nawet spojrzenia na ulicy.
Tak, to jest przerażające. Jeśli jednak kogoś przeraża mówienie o świecie, w którym żyje, powinien nie wyłazić z bąbla złudzeń, w którym żyje.
Mówi się (ale nie za głośno, bo głośno słychać, że nas pomordujo, zgwałco i okradno, i tylko to się liczy, pęd na oślep w ucieczce przed strachem, po głowach ludzi, którzy też tego próbowali) o banalności zła. Zło trafia na memy. Zło jest tematem, w który się angażujemy między kliknięciem lajka kafejce z kawą z fair trade a kliknięcie "maybe" na wydarzeniu koncertu undergroundowego zespołu, który porusza ważne problemy. Zło jest czymś, co dzieje się gdzie indziej, ale lęk przed złem tutaj usprawiedliwia nas z najbardziej egoistycznych opinii. 
I oto nasze piekiełko, nasza mdląca i gorzko-słodko mała porcja tragedii. Jesteśmy skazani na dramat bezradności. Możemy wysłać stówę na koce albo wypełnić ankietę dla wolontariatu i cierpieć, że to wszystko, co możemy, zdając sobie sprawę, jak nasza niemoc jest niczym przy cierpieniu innych. To jest ból, który boli mieć, ale chyba bardziej boli nie mieć, ale i tak sam fakt istnienia tego problemu jest żenujący. Pętla narcyzmu nierozerwalnie związanego ze współczuciem, które nic nie zmieni, a żal, że nic nie zmieni jest jednocześnie konieczny i nie na miejscu.
Paryżu, krwawiąca Syrio, wszystkie szlaki, gdzie ludzie giną po drodze, bez dokumentów, które jak się czasem pocieszamy, zniszczyli sami, bez tożsamości - cierpimy z wami. I nie powinniśmy, w naszych ciepłych mieszkaniach na kredyt we frankach, w krajach, które dawno nie widziały wojny, ale od dziesięcioleci narzekaliśmy na swój podły los. Rozdzieramy szaty i marzymy, że to wszystko pozostało waszym problemem.

Sunday, November 1, 2015

Czyje w końcu są te fotki?

Zacznijmy od tego, że media społecznościowe nie są obowiązkowe i nie chcę tu rozdzierać szat jakie życie jest ciężkie i jak to jestem zmuszona uczestniczyć w czymś, co mnie tak krzywdzi. Bo nie jestem, Facebook mi się przydaje, staram się być na nim wierna swoim przekonaniom, co nie przeszkadza mi widzieć co jest z nim nie tak. 
Mamy zawsze czujne bractwo ludzi, którzy czują się pokrzywdzeni wrzucanymi przez swoich znajomych fotkami psów/dzieci/swojej miłości. 
Mamy wojowników, którzy toczą wojny z tym, co ich zdaniem jest złe na świecie (tak, przyznaję się do winy, ale ograniczyłam, pewnie rzucę).
Irytacja treściami innych jest normalna i oczywista, ale wszystko można sobie poblokować/wyłączyć powiadomienia i z głowy. To, co wydaje mi się problematyczne jest, to co sami robimy (lub powstrzymujemy się od robienia) pod wpływem fejsbukowej kultury.
Tja, odkrycie Ameryki - robimy dziwne rzeczy zamartwiając się tym, jakie wrażenie robimy na innych, włącznie z tymi, którzy życiowo nic dla nas nie znaczą i teoretycznie ich opinię powinniśmy mieć głęboko w okrężnicy. Pewnie nawet za czasów rysunków naskalnych ten czy inny osobnik czasem wycierał ze ściany bardzo udany rysunek mamuta w obawie przed mniej zdolnymi kolegami, którzy uznają, że się wywyższa. No więc uprzejmie donoszę, że wciąż jesteśmy na to skazani, ale do tego wytworzyliśmy w sobie opór przed zastosowaniem narzędzi do uwolnienia się od części tego problemu.
Jeśli Ci to pasuje, to spoko. Jeśli nie - czemu się męczysz?

Założę się, że 90% bardziej aktywnych fesbukowo osób od czasu do czasu doświadcza od średniej do poważnej irytacji wywołanej świadomością przepływu informacji między sobą, a osobami, z którymi nie mają tak naprawdę ochoty tymi informacjami się wymieniać. Kiedyś dodałeś kogoś do znajomych, potem zdarzył się kwas, emocjonalne komplikacje, z kogoś nagle wyszedł antyszczepionkowiec albo zaprzyjaźnił się z Twoją koszmarną ex i dobrze wiesz, że każde Twoje zdjęcie zostanie przez nich stosownie omówione. Cóż za impas. Jeśli nie znajdujemy siły, aby mieć na wszystko potężnie wyjebane jesteśmy rozdarci między rozważaniem każdej kolejnej aktywności na fejsie pod kątem emocjonalnych i społecznych kosztów, albo dopuszczeniem się niewyobrażalnego. Facebook umożliwia usunięcie ze znajomych, wyłączenie powiadomień, całkowitą blokadę i kilka innych sposobów decydowania o tym, kto ma dostęp do naszych treści. Bo o dostęp do treści chodzi. Skoro są nasze, nie musimy umożliwiać osobom, które na ich podstawie obrobią nam dupę/będą knuć/wywołają w nas dyskomfort samym faktem, że mają do nich dostęp, zatruwania nam naszej beztroskiej fejsbukowej propagandy sukcesu, kontaktowania się z ludźmi, których faktycznie lubimy i uprawiania heheszków.
Tylko że zakończenie znajomości z kimś, kto zwyczajnie przestał być znajomym, a stał się zbędnym problemem wywołuje nieprzyjemne wrażenie aktu agresji albo przyznania się do przegranej. Co zostało zafriendowane nie może zostać odfriendowane.

POWIADASZ ŻE MASZ NOWY SAMOCHÓD? I WRZUCASZ GO PO TYM JAK SIĘ POŻALIŁAM ŻE STRACIŁAM PRACĘ? I LAJKUJE TO NASZA WSPÓLNA ZNAJOMA PRZY KTÓREJ MAM KOMPLEKSY? WRZUCĘ PASYWNO-AGRESYWNY TEKST O TYM ŻE PIENIĄDZE SZCZĘŚCIA NIE DAJĄ I W OGÓLE ZEN TY CHUJU

Nie musisz sobie tego robić.

TAK? TAK, TY KURWO? POJECHAŁAŚ NA HAWAJE Z MOIM BYŁYM? MYŚLISZ, ŻE MNIE TO RUSZA? A MASZ, WŁAŚNIE PIJĘ DRINKI Z GOŚCIEM, KTÓRY DAŁ CI KOSZA NA PIERWSZYM ROKU

Dorosłość, dojrzałe uczestnictwo w życiu towarzyskim. Gratulacje.

NO TAK, NIE LUBISZ IMPREZOWAĆ IDŹCIE BEZE MNIE A TERAZ SZMATO BALUJESZ. CO JEST, NOWI ZNAJOMI JEDNAK FAJNIEJSI NIŻ DAWNA EKIPA I ODDAJ KASĘ CO MI WISISZ. SPOKO DAM LAJKA PRZECIEŻ OD GIMBAZY SIĘ PRZYJAŹNILIŚMY. I CO TERAZ GŁUPIO CI BURAKU
Nienawidzę was, dlatego czytam wszystko, co napiszecie

Tak, usunęłam ze znajomych osoby, z którymi z najróżniejszych powodów nie będę już otrzymywać kontaktów i dalsza fejsowa znajomość mogłaby doprowadzić tylko do głupich procesów myślowych powyższego typu, a to wszystko w imię dojrzałego zachowania, bo tylko impulsywne nastolatki usuwają z fejsa. Sorry, not sorry. Jeśli mogę się przejmować co o mnie myśli 340 osób, które bardzo lubię, lubię lub toleruję zamiast przejmowania się tym, co myślą o mnie 372 osoby, z których 32 są w moim życiu już tylko po to, aby wszystkim było przykro, to idę na tę pierwszą opcję.


Friday, October 30, 2015

Najpiękniejsze słowo na świecie: zakupy ; )

Z zasady pogardzam spiskowymi teoriami tłumaczącymi wszystko co robią ludzie, zwłaszcza w formie trendów. Ludzie są zwierzątkami stadnymi i często sami z siebie organizują sobie różnego rodzaju masowe i zaraźliwe rozrywki. Kiedy jednak przychodzi do nakręcania kultu zakupów zaczynam się trochę łamać w mojej niewierze. Tutaj naprawdę trend bardzo bezpośrednio przekłada się na interesy konkretnego przemysłu, do tego po prostu sprawa wydaje mi się wyjątkowo ponura (aha, koniec z racjonalnością).
NO BO JAK MOŻNA wytłumaczyć, w świecie pełnym tańszych i zdecydowanie ciekawszych sposobów spędzania czasu/relaksu, że miliony kobiet nie tylko twierdzą, że najlepszym z nich jest kupowanie rzeczy, ale do tego uważają, że to zupełnie spoko? Tak, mam problem z uznaniem shoppingu za pełnowartościowe hobby czy pasję. Sorry. Kupowanie rzeczy jest czynnością służącą mieniu rzeczy, czyli jest środkiem, a nie celem. Wiadomo, może być przyjemne, ale jeśli staje się celem samym w sobie mamy do czynienia z tym, co różni zdrowe zainteresowanie jedzeniem, które się spożywa od bulimii. 
Niegustowny merchandising gloryfikujący kupowanie dla kupowania jest częścią problemu.
Kasiu. Nie.
Raz, że brzydki, dwa, że albo bagatelizuje realny problem ofiary szopaholizmu, bo robi sobie heheszki z jej uzależnienia ("zakupy są tańsze niż terapia"), albo w kiepskim guście bagatelizuje uzależnienia jako takie, zrównując je po prostu z nieco tylko niepokojącą ekscytacją towarzyszącą kupowaniu (jeśli nosicielka nie ma problemu, tylko po prostu brakuje jej lepszych zainteresowań).
Oczywiście zabrzmię jak potworna feminazi, ale do tego irytuje mnie jak bardzo to wszystko infantylizuje kobiety. Każdy musi zakładać, że każda kobieta KOCHA zakupy, centrum, ekhem, galeria handlowa to jej Mekka (można tak jeszcze mówić?) i wydawanie pieniędzy swojego faceta to jej wymarzone zajęcie. Nienawidzę być z góry traktowana jak idiotka, która zapewne nie jest zainteresowana rozmowami na poważne tematy, ale puszczona luzem wśród sklepów wyda okrzyk bojowy i wyłącznie tak osiągnie maksymalną stymulację intelektualną. Kto utrwala tak szowinistyczną wizję kobiety? Kobiety. Oto, co Charliza napisała w swojej notce o własnych uzależnieniach, "które pozytywnie nakręcają mnie do działania" (uzależnienia takie fajne):

Każdy z nas ma swoje mniejsze i większe uzależnienia. W wypadku mężczyzn będzie to najprawdopodobniej piłka nożna (oglądanie kolejnych meczy w sobotnie popołudnie) i samochody, zaś jeśli chodzi o nas drogie panie, to pewnie zgodzicie się ze mną, że my ich nie mamy. W końcu do uzależnień nie można zaliczyć zakupu dziesiątej czarnej sukienki, czy dwudziestej pary szpilek.
Jestem kobietką. Lubię zakupy i lubię wino. Zakupy.
Kiedy stwierdziłam, że targetowanie szoperek jako grupy konsumenckiej poszło za daleko?
Kiedy chciałam się napić wina. 





 

Jedyny szoping, w którym będę widziała moje ewentualne dzieci:

 




 Dochodzimy do najgorszego.


Jest tylko jedna rzecz gorsza od infantylizowania kobiet kultem zakupów. Wciskanie go dzieciom, zwłaszcza małym dziewczynkom (ale i na chłopców przyjdzie czas). Ostatnio widziałam niemowlęcą koszulkę, różową z różowym napisem "Born to shop".
Oooo, materializm jest taki słodki.
Gówniane pomysły na życie wkładamy dzieciom do głowy.

Wednesday, October 14, 2015

Jak coś, to husaria

zbytnia znajomość języków obcych u młodego narodowca byłaby podejrzana
Husaria może oczywiście się kojarzyć z nowatorską i skuteczną kawalerią, która zapisała się w historii naszego kraju. Jest dosyć przykre, że wytrwałość domorosłych historyków doprowadziły do powstania drugiego, bardzo intensywnego skojarzenia z tą nazwą. Tą formacją wojskową bowiem z lubością wycierają sobie mordę nacjonaliści, bojówkarze, krzykacze, internetowe dzieci i kibole. Bez zbędnego wnikania w szczegóły powołują się na nieszczęsnych husarzy w każdej kwestii dotyczącej zarówno patriotyzmu, jak pompowania swojego smutnego ego na tle narodowym, ewidentnie z braku innych zasług. 
Wszyscy (tzn. ci prawdziwi, czystokrwiści Polacy) jesteśmy potomkami husarii. Przeciętny gimnazjalista mimo przewlekłego zwolnienia z wuefu i diety opartej na cukrze i roślinnym tłuszczu utwardzanym jest dumnym synem zwycięzców a sam fakt kłapania o tym mordą (ew. jeszcze sypnięcie kasą firmie odzieżowej, patrz niżej) kiedy pojawi się jakikolwiek trudniejszy temat czyni go obrońcą ojczyzny. Coraz więcej etnicznie obcych ludzi mieszka w Polsce? HUSARIA. Podatki podwyższone? Z HUSARII ICH. Mój klub znów płaci karę za to, że z Sebkiem naparzaliśmy racami na stadionie? HUSARIA JUŻ WSKAKUJE NA KONIE.
Bohaterstwo wtedy i dziś.
 
Parcie na odcięcie kuponu od potęgi dawnych kawalerzystów jest tak ciężkie, że samej czasem trudno mi uwierzyć. Kiedy jakaś strona na FB poświęcona ciekawostkom historycznym podała, że tak naprawdę większość Polaków ma w rodowodzie najwyżej właścicieli zagonów z kapustą, które husaria stratowała, bo jednak była to elitarna formacja, posypała się litania obleśnego myślenia życzeniowego. Okazało się, że więcej niż jedna osoba uważała za kojącą koncepcję, że być może jednak husarzy poniewierali nie tylko kapustę a ich hojnie, choć niekoniecznie po dobroci rozsiewane nasienie dało początek całym liniom bękarciej, acz szlachetnej krwi. Tak, cała nadzieja na bohaterską krew w zapylonych w wyniku gwałtu protoplastkach. Czy to nie jest w ogóle jak zlanie się husarzom na grób? Jako pomówienie w każdym razie powinno się liczyć. Oj tam, oj tam, ważne, że bili arabów.

Thursday, September 10, 2015

Żądamy referendum w sprawie zakazu brzuchomówstwa.

No okej, ja sama żądam. I referendum w tej sprawie byłoby ciężko bez sensu. Ale patrząc po FB obecnie żadnego postulatu czy opinii nie da się formułować  inaczej niż "żądamy referendum w sprawie XY".
Poczytałam sobie ostatnio pewnego bloga o (samotnym) rodzicielstwie. Pisze go dzielna kobieta, która dużo przeszła i szanuję to bardzo. Udało się jej jednak bardziej niż swoimi naprawdę przykrymi perypetiami zadziwić mnie tym, jak zdołała dwoma rodzajami wpisów wywołać we mnie zupełnie odmienne reakcje. 
Posty pisane z jej własnej perspektywy były poruszające i bezpośrednie, ludzkie, emocjonalne. Nie mogłam za to znieść jej postów pisanych w formie "listów" od jej dziecka do nieobecnego ojca. Pomijając kwestię, wzbudzających przynajmniej u mnie silny dyskomfort, prób infantylizacji języka (ale wciąż przypisywania dziecku umysłu i retoryki kogoś co najmniej kilka lat starszego), po prostu czuć, że coś jest w tym nie w porządku. Listy mają wg. autorki cel kiedyś oświecić ojca marnotrawnego co zrobił źle. Wydaje mi się, że mimo, iż taki cel jest zrozumiały, zbyt wysoką ceną za dążenie do niego jest robienie z dziecka lalki na kolanach pasywno-agresywnego brzuchomówcy (bo na przykład dziecku mama kupiła nową kurteczkę a sobie już nie. A co Ty nosisz w chłody, tatusiu?...)



Dziecko Mały Terrorysta
Nie zrozumcie mnie źle, dobra pasywna agresja nie musi być zła (nieskromnie: patrz pierwszy akapit). Ale wyjątkowo mierzi mnie koncept wyrażania jej przez istotę niepotrafiącą samodzielnie się wypowiedzieć, czy to niemowlak, czy płód, czy zwierzę, czy nawet roślina. Jasne, takie praktyki mają długą i momentami nawet udaną historię i tradycję, choćby literacką, ale powiedzmy, że Kochanowski jakoś tam umiał się z tym obchodzić, a zazwyczaj jednak wychodzi z tego lipa.

Zawsze wydawało mi się, że bardziej skłoni człowieka do adopcji bezdomnego kotka rzetelny ale też ciekawie pomyślany komunikat pisany przez kogoś, kogo to zwierzę obchodzi, niż płaczliwa i grająca na emocjach "wypowiedź" Pana Pchlarza, który szuka dobrego domku, bo miał kiedyś kochanego pana, ale on chciał wyjechać na wakacje i Pan Pchlarz wylądował pod mostem, bo pewnie coś się panu pomyliło (panu Pana Pchlarza, nie Panu Pchlarzowi) i zapomniał gdzie go zostawił.
Raz, że powinno się podejmować takie decyzje nie pod wpływem chwilowego poczucia winy/rozrzewnienia własną dobrocią/litością, dwa, że Pan Pchlarz ma niesamowicie fajny, ale zupełnie inny niż ludzki koci rozum, w którym na pewno jest więcej temperamentu, ośrodków preferowania mokrego jedzenia i zapału do ścigania owadów i dziwnych dźwięków, niż talentu do perswazyjnego pisania. To robota dla człowieka. 
Tak samo nie odmawiam niemowlakowi fascynujących procesów intelektualnych (przy tak zawrotnym tempie rozwoju mózgu jest co podziwiać) i emocjonalności, ale uważam, że wkładanie mu w usta planów poszukiwania mamie nowego mężczyzny albo dziwienia się, że rodzicielka nie śpi po nocach to przesada. Dzieci tak nie myślą dobrych parę pierwszych lat życia. Nie dlatego, że są głupie czy złe, ale dlatego, że są dziećmi. Masz dorosły przekaz - przekaż go z własnej dorosłej perspektywy zamiast kiepsko go charakteryzować za pomocą pseudodziecinnej naiwności.

Pewnie jestem w tym momencie antyspołeczna i kontrproduktywna, bo zapewne taki przekaz trafia do ludzi i dzięki temu kotki znajdują domy a ludzie robią przelewy chorym dzieciom. Jednak smuci mnie, że potrzebują do tego takich podstępnych bodźców.



Saturday, September 5, 2015

Co ja tam wiem o uchodźcach

Różnice (charakterów) nie do pogodzenia są jednym z czynników, które uzasadniają rozwód w prawie anglosaskim (i nie tylko). Żadne z dwojga nie musi być od razu złym człowiekiem ani oprawcą, po prostu nie istnieje między nimi płaszczyzna porozumienia.
Widzę podobny problem również w dyskusjach na różne poważne tematy. I tak samo jak w przypadku małżeństwa, którego się nie da ułożyć, żeby działało, tak samo czasem wymiana argumentów absolutnie nie ma sensu i to nie dlatego, że argumenty co najmniej jednej strony są idiotyczne albo wewnętrznie sprzeczne. A ponieważ argumentów w złożonych społecznych sprawach nie da się dosłownie położyć na wadze, nie możemy też wybrać między jedną ani drugą stroną. Obie strony nie dojdą nigdzie w swojej dyskusji, bo już od samego początku operowali w zupełnie innych płaszczyznach i przyjęli inne założenia.
Nie jestem entuzjastyczną zwolenniczką przyjęcia do Polski każdej ilości bezdomnych uchodźców i liczenia że jakoś to będzie. Ale nie mogę też uwierzyć, że możemy jako cywilizacja mazać się nad problemami pierwszego świata, kiedy prawdziwi ludzie, tacy jak my, umierają usiłując się tu dostać, a naszą reakcją są głupie memy. Z jednej strony mamy do czynienia z cierpieniem, na które nie powinniśmy patrzeć jako ludzie żyjący mimo wszystko wygodnym stylem życia, z drugiej strony mamy ogromną niewiadomą, być może poważne zagrożenie dla nas. Czytam na ten temat wszystko, przedstawiające każdy punkt widzenia i wciąż nie wiem prawie nic. Wiecie, kto jeszcze nie wie jeszcze mniej? Najtwardsi przeciwnicy uchodźców, Młodzież Wszechpolska. Co w sumie nie powinno być argumentem za żadnym stanowiskiem, bo to są akurat fakty, które można ustalić, ale dla nich i wielu ich zwolenników wystarczy. Ignorancja na temat obecnej sytuacji to co innego niż lęk przed nieprzewidywalnymi skutkami. Z drugiej strony możemy przewidzieć skutki nierobienia niczego. 
Młodzież Wszechpolska ocenia swój stan wiedzy po sokratejsku
I tu powraca problem różnic nie do pogodzenia. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy zaangażowania się Polski w przyjęcie uchodźców często mają argumenty, które brzmią sensownie. To nie jest kwestia słusznych lub niesłusznych argumentów. To jest kwestia różnic wartości i podejścia. Niektórzy zakładają, że jedynym priorytetem jest ratowanie życia każdego z tych uciekinierów. Niektórzy zakładają, że to ryzyko, którego nie można ściągnąć na cały naród. Niektórzy zakładają, że najważniejsze to chronić się przed utratą pieniędzy. Każdy z tych priorytetów sugeruje jakieś działania i ma dla nich twarde uzasadnienie.
To nie jest kwestia zdemaskowania słabych argumentów, to etyczna kwestia, które racje powinny zostać uznane za najważniejsze w tej sytuacji. Polska opinia publiczna jest bardzo podzielona, z wyraźną przewagą obrony kraju lub finansów (rozdzielałabym te dwie kategorie). 
Ciekawe jest to, że mówi się o tym, że uchodźcy reprezentują inną kulturę, że różnice światopoglądowe są trudne to pokonania. Wygląda na to, że i tak mamy tu poważne różnice.

Thursday, August 20, 2015

Delewacja dzieci postępuje

Ja wiem, że wszyscy wiedzą, na jak tragiczne zrośnięcie obu końców przewodu pokarmowego cierpi Fronda wraz z przyległościami. Ale trafiła się im ostatnio po prostu perełka, która powinna zostać wygrawerowana na tytanowych płytkach i trzymana w komorze próżniowej jako ostateczny model slippery slope (czyli "śliskiego zbocza", czyli argumentu, w którym szalone konsekwencje następują w szalonym tempie z szalonych powodów i dlatego trzeba zrobić coś bardzo konserwatywnego). 
Chodzi, oczywiście, o nieszczęsne książeczki z Biedronki. Niestety, wiem o nich tyle, co w internecie każdy. Czemu? Bo dostały tak skutecznego, "kontrowersyjnego" hype'a, że sprzedały się na pniu we wszystkich Biedrach w moim zasięgu.
Nie mogę powstrzymać szyderczego chichotu, gdy słyszę, iż dzieci są "deprawowane" w Biedronce (i dlatego należy ją bojkotować). Tak samo bawi mnie słowo "promocja" jak zwykle używane w znaczeniu "kiedy mówi się o czymś, czego nie popieramy, w sposób inny niż z potępieniem, również neutralny". Oczywiście, przecież książeczka ma na okładce screeny z gejowskiego porno, w środku na każdej stronie dziecko czyta o tym, że homoseksualizm to jedyna możliwa opcja, a wszyscy są  są obowiązkowo wyposażani w jej egzemplarze (będzie z tego kartkówka!).
Co zabawne, książeczką, którą podobne środowiska bardzo chcą blokować jest też ta słynna publikacja o gejowskich pingwinach wychowujących sierotę. Podobno jest ona narzędziem indoktrynacji, oswajającym dzieci z konceptem nieheteronormatywnej rodziny. A przy okazji stanowi dość adekwatny obraz tego, co faktycznie zdarza się wśród pingwinów. Jednak trzeba czasem trochę poskromić cenzurą tą obrzydliwą naturę, prawda?

Co do wspomnianego na początku artykułu - mała zabawa. Zgadnij, które zagadnienie NIE zostało poruszone oprócz gejowskiej indoktrynacji jako argument przeciw Biedronce (odpowiedź na dole. Nie oszukuj, świnko):
  • komuna, 
  • esbecy, 
  • szemrany handel spirytualiami, 
  • kolonializm, 
  • Smoleńsk, 
  • wyzysk pracowników, 
  • zabójstwo Ziętary, 
  • premier Kopacz
Zastanawiało mnie tak swoją zawsze, czemu gorszy wszystkich tylko publiczna deprawacja dotycząca seksualności. Media i reklamy są pełne przekazu epatującego chciwością i obojętnością na drugiego człowieka, a jednak konserwatyści wolą cały swój opór i śmiałe bojkoty kierować wobec rzekomego pogwałcania 6. przykazania, podczas, gdy przykazanie miłości, mimo wszystko nadrzędne może poczekać. Pokazanie gołej dupy jest wciąż skandalem, pokazanie głodnemu środkowego palca - już nie.

Co do zagadki: gratuluję, tym razem faktycznie nie chodzi o Smoleńsk. Super, co?

Saturday, August 15, 2015

I co to zmieni? Oczywiście, że nic.

Autor bloga Pochodne Kofeiny zastanawiał się jakiś czas temu na Facebooku czemu ludzie często zakładają, że to, co robią musi coś zmieniać, czemu nawołują go do tego, żeby więcej "walczył" albo kwestionują jego (i innych) działalność zarzucając mu niską skuteczność ideologiczną. To ciekawy punkt wyjścia do refleksji nad kompleksem mesjasza oraz wybujałym przekonaniu o własnej wyjątkowości oraz potędze swojego wpływu, z którym każdy człowiek w jakimś stopniu i z różnymi efektami się zmaga. 
Można się kłócić, że taka ludzka natura i nie ma co kombinować, można obwiniać system edukacji i wychowanie oparte na zewnętrznej motywacji, albo zwalać na szkodliwą literaturę promującą megalomanię i efekty bez poświęceń i wysiłku. Niezależnie od przyczyn powszechny jest problem, że nikomu nic się nie chce, jeśli praca nie przyniesie jakichś nadzwyczajnych efektów, chwały i zmiany w świecie. Każde zabarwione przekonaniami zdjęcie musi spełniać rolę w uświadamianiu społeczeństwa (to nie laska z nadwagą na wakacjach, to odważny głos w debacie o standardach piękna!), każda publikacja ma, niczym w wyobrażeniach niektórych teologów, bezpośrednio wpływać na przechylanie szali w walce dobra i zła o Ziemię i ludzkość.
Jasne, szczytnym zamiarem jest pragnąć się przysłużyć sprawie, w którą się wierzy. Ale nie zmienia to faktu, że wpływ zdecydowanej większości jednostek jest znacznie mniejszy i mniej trwały niż sądzą. I nie ma w tym nic złego. Tak samo jest z życiem. Nawet ludzie, którzy kpią z mrzonek o różnych formach zaświatów oswajają lęk przed przemijaniem snami o posągach trwalszych niż ze spiżu. Gdyby wszyscy założyli, że i tak nie ma sensu się starać, bo wszystko ma tak małe znaczenie w perspektywie wieczności i kosmosu, nic nigdy by się nie zdarzyło, a przecież jedną z podstawowych cech człowieczeństwa jest nietrwałość oraz jednocześnie chęć przetrwania, tworzenia, komplikowania, dociekania i okłamywania samych siebie.
Dlatego, paradoksalnie, uświadomienie sobie swojej małości nie powinno powstrzymywać wysiłków i kreatywności. Za to mogłoby to powstrzymać ludzi przed podcinaniem sobie i innym skrzydeł w pogoni za marzeniami o zmianie i własnej wizji świata.
Upolitycznione publikacje zwykle nikogo nie nawrócą, ale poszerzą punkt widzenia ludzi, którzy zamiast tylko krzyczeć hasła chcą też coś wiedzieć. Zdjęcia osób niespełniających standardowych kryteriów piękna nie zmienią przekonań osób, którzy patrzą na bliźnich jak na kawałek mięsa, ale może pomogą ludziom podobnym do tych ze zdjęć poczuć się pewniej w przestrzeni publicznej.
Wygląda na to, że wszyscy traktujemy się zbyt poważnie.

Wednesday, August 5, 2015

O tym, kto ma prawo mówić co jest piękne

Wszyscy wiedzą jak złe i straszne są magazyny dla kobiet (i mężczyzn, ciekawe, że większość wolnych od gówna magazynów nie jest przypisana odbiorcy na podstawie płci), cały biznes urodowo-modowy i generalnie konsumpcjonizm wciskany każdemu człowiekowi na Ziemi w każdą dziurkę od urodzenia do śmierci. Mówią nam co jest piękne i co jest akceptowalne, a kto powinien z powodu swojego wyglądu dostać ciężkiej depresji, pogodzić się z absolutną porażką i przepraszać za swoje istnienie (większość ludzi). Nierealistyczne kanony piękna to spory problem, ale coś jeszcze jest problemem - mówienie ludziom co jest piękne za pomocą manipulacji.
Tyle wszędzie płaczu i rozdzierania szat, że jakimś cudem opcja A (którą my reprezentujemy/preferujemy) nie jest powszechnie uważana za jedyną i słuszną, w przeciwieństwie do opcji B.  Moglibyśmy uniknąć całego tego pierdolenia, gdybyśmy sobie raz a porządnie uświadomili ile głębokiej prawdy jest w angielskim powiedzeniu, że piękno jest w oczach tego oto gościa:  

autor: www.washburnart.com
Jeśli psychomanipulacja nie jest jednak według kogoś spoko, ta osoba nie powinna usiłować wbijać innym do głowy, że coś, nieważne czy to skóra z fotoszopa czy śmiertelne stadium cellulitu, jest piękne i koniec. 
Kolejny dzień, kolejny projekt o pięknie grubych kobiet. I fajnie, każdy powinien móc sobie zapozować do zdjęć jeśli ma ochotę, a nawet jeśli jakimś cudem te zdjęcia przebiją się przez mainstream obrazów konwencjonalnej urody (tak wszechobecnej, że nikt już nie dostrzega obecności nagich idealnych brzuchów, nóg i cycków towarzyszących codziennym czynnościom) i kogoś obrzydzą, to moim zdaniem dobrze. Nie ma sensu się rozczulać nad ludźmi, którzy brzydzą się ludzkim ciałem, jedynym zagrożeniem jest, że pobudzą swój umysł do reakcji, albo się przyzwyczają (no i nie zapominajmy, że większość osób ciężko straumatyzowanych widokiem legginsów xxxxl świetnie się bawi oglądając na yt filmy o śmiesznych grubasach na bieżni). 
JEDNAK
Super fajnie, że te kobiety czują się piękne. Już ustaliliśmy w czyim oku jest piękno. Ale to oznacza też, że ani Vanity Fair, ani ten projekt nie powinien rościć sobie prawa do narzucania ludziom odczuć estetycznych. Przekrzykiwanie się "TO jest piękne, czemu tego nie widzisz?" "nie jesteś piękna/to co uważasz za piękne jest brzydkie" nie ma sensu. Jeśli będę uważać za piękne tylko antropomorficzny drób domowy w bikini z mojego ulubionego hentaja nie będę automatycznie odmawiać modelkom z kacheksją ani dziewczynom w bikini szytym z namiotu cyrkowego dobrego samopoczucia. Po prostu zostawcie mnie samą z moim laptopem na jakiś czas. 

empoderarteme.tumblr.com
Kiedyś w dyskusji o tym czy kobiety mają czy nie mają prawa do włosów pod pachami jakiś facet na youtubie powiedział coś naprawdę sensownego. Powiedział że ich prawo do robienia ze swoim ciałem wszystkiego na co mają ochotę, włączając w to transformację w Chewbackę, i jego prawo do uznawania ich (bez mówienia im tego, wykrzykiwania na ulicach i obrzucania maszynkami do golenia) za zwyczajnie nieatrakcyjne, nie wykluczają się nawzajem. Po prostu on nie będzie rościł sobie prawa do nakazywania im golenia, a one nie będą sobie rościły prawa do zmuszania go, aby uznał zarośniętą pachę za bardziej lub równie atrakcyjną w stosunku do wydepilowanej pachy. Proste, genialne, zadziwiająco trudne do przyjęcia.

Wednesday, July 29, 2015

Empatyczne lincze

 Disclaimer: nie jestem jedną z osób, które gardzą wegetarianizmem i obroną zwierząt bo "Bóg uczynił Ziemię poddaną człowiekowi" i nie jestem bezdusznym (acz uduchowionym) konserwatystą-skurwielem. Piszę o zjawisku, które obserwuję wśród obrońców zwierząt, którzy w zdecydowanej większości robią cudowną robotę.


Wiadomo, człowieka można poznać po jego stosunku do zwierząt. Myślę, że nawet już nie chodzi tak bardzo o empatię, ale o normalne, instynktowne reakcje. Jesteśmy ewolucyjnie skłonni do reagowania wzruszeniem i chęcią ochrony wobec małych, słodkich bezbronnych stworzeń. Kotków. Piesków. Kaczuszek. Czystych i cichych niemowlaków. Łatwo rozpoznać socjopatę po jego satysfakcji z cierpienia małych stworzeń. Słyszysz jak taki się chwali jak rozdeptał kociaka i już wiesz że od psychola trzeba się trzymać z dala.
Co mnie zadziwia, to łatwość z jaką niektórzy (NIEKTÓRZY) empatyczni obrońcy zwierząt stają się kipiącymi agresją maszynami do odwetu wobec krzywdzicieli zwierząt. Albo, co gorsza, nawet nie krzywdzicieli.
Sprawdza się stara zasada, że oberwie nie ten, co zaniedbał albo zrobił źle, ale ten, co się wychylił. Pomagający zwierzętom potrafią ukamienować kogoś, kto włożył dużo czasu i starań w bardzo konkretne i potrzebne działania, ale według nich robił za mało albo źle. 
Pewna fundacja publicznie (na FB) krytykowała postawę wolontariuszki, która zaoferowała wożenie kotów samochodem do weterynarzy, na własny koszt (co jest bardzo potrzebne, zwłaszcza zimą), ale nie dom tymczasowy. Na nic tłumaczenia, że sytuacja rodzinna uniemożliwia jej taką formę pomocy, więc oferuje inną (jakby w ogóle musiała się tłumaczyć). Słowa takie jak "egoistka" padają bez oporów ze strony ludzi, którzy niekoniecznie sami cokolwiek zaoferowali.
Sytuacja z dzisiaj - zrozpaczona kobieta próbuje się tłumaczyć na stronie fundacji, która przedstawia sytuację tak:

...Jeżeli chcesz adoptować psa, a zaraz go oddać to nawet nie przyjeżdżaj, nie rób nadziei!
...Aramis po raz kolejny stał się psem bezdomnym...!!! Bo sika? ...Bo ma prawo! Jest psem starym! ...ręce mi opadają! Żal psa. Cholernie żal.

SZUKAMY ODPOWIEDZIALNEGO WŁAŚCICIELA!
Aramis jest starszym psiakiem, zdarza mu sie popuścić mocz.
Babeczka próbuje tłumaczyć, że pies nie popuszcza, a sika (i nie tylko) po całym mieszkaniu, gdzie raczkuje jej dziecko i że zrobiła co mogła (i do czasu znalezienia lepszego miejsca ma go u siebie). Nikogo nie obchodzi w tej sytuacji co czuje człowiek, który poświęcił kupę (hehe) czasu, troski i pieniędzy na zadanie, które okazało się niewykonalne.

Ludzie to hieny.
ja pierdziele...to niech sobie kupią na baterie wtedy będzie biegał szczekał i siadał na zawołanie!!!!!!!!!!!!!!!!!zła jestem na maxa!
szlag !!!!! co za gnojki, a nie ludzie..... zgubili psa, potem lans na FB a teraz zwrot??? Reklamacja??? kipię ze złości !!! jak spotkam te potwory, to nie ręczę za siebie !!! ponoć mieszkają na Jeżycach w Poznaniu....
Niech ich szlag trafi...
Ludzie są okrutni, ale kiedyś sami będą mieli taki problem..    
- powiedzieli ludzie, którzy nie kiwnęli palcem, żeby ten pies miał lepiej. 

 Kiedyś widziałam też jak kobieta, którą zostawił mąż szukała domu dla wspólnych kotów (bo on do szukania ani dalszej opieki się nie poczuwał) została podobnie zwyzywana, że PRZYJACIÓŁ SIĘ NIE ODDAJE. Lasce się życie posypało, musiała się wyprowadzić itd, ale w tej sytuacji najważniejsze powinno być zatrzymanie przy sercu sierściuchów. Nie rozważała nawet uśpienia ich czy podobnie drastycznych kroków. Dotychczasowy drugi współwłaściciel oczywiście nie został uznany za porzuciciela, bo porzucił nieaktywnie.
Tak samo surowo ocenia się ludzi, którym po adopcji zwierząt rodzą się dzieci, u których potem stwierdza się alergię i zaczynają rozważać oddanie komuś psa lub kota (bo mimo dobrych chęci oddanie dziecka jest jednak prawnie utrudnione).
Śmieszne zdjęcie (mojego) kota, żeby nie było samego tekstu

Reakcje podobnie agresywne (i pełne agresywnej interpunkcji) często wywołują osoby, które faktycznie bezpośrednio robią krzywdę zwierzętom. Na przykład myśliwi. Jest to kwestia dyskusyjna na wielu płaszczyznach i nie będę tu wnikać szczególnie w racje za i przeciw polowaniu. Chodzi o styl. Obrońcy saren i dzików kipią niewiarygodną wściekłością, z lubością odnoszą się do domniemanej wątpliwej sprawności seksualnej myśliwych oraz dużo czasu poświęcają fantazjom o ich mordowaniu i torturowaniu.
W obu sytuacjach problemem jest łatwość i gorliwość w wymierzaniu ciosów, gdy jest pretekst. Czuję się nieswojo słysząc takie rzeczy od osób, które podobno gardzą przemocą. To znaczy, chyba musi być jakiś sposób, żeby walczyć z krzywdą zwierząt bez nawoływania do samosądów i trafiania rykoszetami ad hominem niewinnych ludzi.