Thursday, June 18, 2015

Do I feel lucky? Well, do ya, punk?

Co oni mają z tym epatowaniem bronią, no naprawdę. Ok. Wiem, wiem, moje zdjęcie profilowe na blogspocie.
Co ciekawe kilka osób tylko na jego podstawie wzięła mnie za libertariankę (jakby to słowo w żeńskiej formie nie było żartem samym w sobie). Nie, nie chodzi o broń jako taką. Przy odpowiedniej wiedzy i obyciu broń jest bardzo fajna.
Martwi mnie mocna wiara w broń jako rozwiązanie problemów tego świata.
Broń służy obronie wszystkiego co dobre. Przecież w każdej chwili może nadejść radziecki oprawca, a wtedy rzesze amatorów w panice i zamieszaniu doprowadzą do licznych wypadków ze skutkiem śmiertelnym  obronią swe domostwa, rodziny, honor, wiarę i ojczyznę. 


Jest też bardzo nie dżender (czyli dobrze). Jak wiadomo płoche serce niewiasty czyni ją mniej zdatną do dzierżenia spluwy, za to jej mężczyzna ma szansę się raz w życiu wykazać. Mężczyzna tym dowodzi swej męskości, że kulom się nie kłania, niezabezpieczony pistolet skierowany lufą w stronę własnego krocza nosi za paskiem, a gdy ktoś w niego celuje, samym testosteronem i włosami na klacie zbija pociski. A nie, jednak normalny człowiek, niezależnie od płci powinien bać się narzędzia stworzonego również w celu zabijania ludzi, bo łatwo go użyć niewłaściwie. Na tym między innymi polega zdrowie psychiczne.
Czytałam trochę komentarzy w głośnej sprawie z ratownikami i tłumaczką. Głównie upadek wiary w człowieka, takie tam.
Epicka opowieść o zaginionych znakach zapytania i o odnalezieniu jednego, ale po spacji.
Kilka razy pojawiły też się głosy, że wniosek z tego taki, że każdy powinien nosić broń. Czy tylko mi wydaje się dziwną taka reakcja na historię o brutalności i przewadze liczebnej? Czy faktycznie ta sytuacja byłaby lepsza, gdyby kobieta dostająca ataku padaczki, ale za to z bronią, byłaby sama w tamtym pokoju z dwoma dużymi facetami, do tego uzbrojonymi? Nie widzę szansy na to, żeby ta sytuacja skończyła się lepiej w ten sposób. Wyścig zbrojeń między potencjalną ofiarą a potencjalnym napastnikiem bywa tematem dyskusji, a w tej sprawie brzmi wyjątkowo ponuro.
Uzbrojone społeczeństwo wciąż będzie niebezpieczne, tylko z większą ilością wystrzałów. Naprawdę chcecie po fakcie liczyć kule i kłócić się, że jednak po ilości killi nie terroryści wygrali?

Tuesday, June 9, 2015

Jeszcze pożałuję

"Żałuję" wyznaje bohaterka spotu przypominającego jak szybko mija życie, jak szybko leci czas, że zegar biologiczny tyka, a dzieci lepiej mieć przed mieszkaniem i dobrze płatną pracą. Nie wiadomo dokładnie z kim, widocznie bowiem jest oczywiste, że realizacja ambicji tak niedorzecznych jak kariera, nieruchomości i wyjazdy wyklucza też znalezienie partnera. Biedna kobieta. Mężczyzn ten problem zapewne nie dotyczy, bo są dłużej płodni. Chociaż ona akurat też wygląda raczej młodo, ale może to jej egoizm ją tak zakonserwował. 
MAM 150 LAT I JAK WYPOWIEM ZAKLĘCIE TO ZNIKNIESZ
Już nawet nie będę się wdawała w jakieś wielkie dywagacje, że gra na emocjach, że realia są różne itd itd. Skupię się na tym żalu. 
I nie, z góry mówię, że to nie tak, że nienawidzę dzieci. Być może sama pewnego dnia się rozmnożę. Nie mam jednak zamiaru teraz porzucać myśli o dalszym rozwoju naukowym tylko dlatego, że ktoś mi pokazuje kobietę, która żałuje i czuć bojaźni i drżenia, że będę sobie sama winna jeśli nie zdążę, i jeśli nie będę nigdy przekonana, to moje życie będzie nieuchronnie puste i skazane na żal.

"Bo kiedyś kobieta może pożałować" jest używane dość regularnie jako argument przeciw dostępowi do aborcji, również tej w obecnym, sensownie ograniczonym zakresie. Przypominam, że mówimy o dorosłych osobach (chociaż tylko kobietach), które ktoś pragnie uchronić przed konsekwencjami własnych decyzji. Pytanie tylko czemu. Z jakiegoś powodu właśnie rozmnażanie zostaje uznane za kwestię, w której trzeba publicznie mówić dorosłym ludziom, że nie wiedzą co dla nich dobre. 
Nie chodzi mi o to, że nie ma opcji, że jednak pożałują. Ale pożałują też wielu innych rzeczy, często dużo bardziej boleśnie. Podejmowanie ważkich decyzji ZAWSZE wiąże się z podjęciem pewnego ryzyka (z kurewskim żalem włącznie) oraz szansą osiągnięcia pewnych korzyści. Odpowiedzialność za własne życie polega na tym, że staramy się brać pod uwagę czynniki za i przeciw, szansę i ryzyko, a następnie ponosić konsekwencje tych wyborów. Nie mówi się za dużo o tym, że planowanego macierzyństwa też niektórzy żałują. Żałują wybranego kierunku studiów i kariery, żałują wyboru małżonka, bolesnych słów powiedzianych rodzicom, wyjazdu za granicę, albo rezygnacji z niego. Nikt, czy bliska osoba, czy prawodawca, nie ochroni nas przed nami samymi. Nikt, wbrew przekonaniu twórców takich spotów, nie jest w stanie przewidzieć jak dany wybór się dla nas skończy.
Miej dziecko na wszelki wypadek, bo a nuż pożałujesz. Znam lepsze powody.
Tak, to szokujące, ale ludzie potrzebują w życiu różnych rzeczy. Nie każda kobieta musi być matką. Nawet nie każda kobieta, która by tego chciała, musi być matką. Kobieta, która by chciała, ale nie może, nie ma dobrego kandydata na ojca itd, mimo żalu związanego z niespełnieniem w tej kwestii też może być szczęśliwa. Oczywiście, widocznie nie do mnie ta reklama, skoro nie zaczęłam bać się żalu. Przecież nie jest do każdego. Czemu w ogóle mnie to rusza? Bo nie podoba mi się sugestia, że jednostkowa historia dotycząca czegoś tak intymnego jak samorealizacja, macierzyństwo i życiowy żal ma być dźwignią reklamy - jawnie perswazyjnym narzędziem przekazu. Dajcie spokój ludziom, mają już dość ciotek gadającym im dokładnie to samo. Jakoś to nie pomaga. A jak będą żałować, to trudno, przynajmniej własnych decyzji będą żałować.
A mogłem zamówić klona kiedy byłem młody



Saturday, May 30, 2015

Święty Obiad Polski

UWAGA: Temat jest oczywiście kontrowersyjny przez związane z nim emocje, dobre intencje i oczywiste zalety tytułowego obiadu. Nie jestem żadną rewolucjonistką walczącą z koncepcją domowego jedzenia spożywanego przez rodzinę przy wspólnym stole. Wręcz przeciwnie. 

Refleksja nad obiadem naszła mnie, o dziwo, nie przy obiedzie, ale wskutek zadumy nad dwoma aktualnymi kwestiami. Po pierwsze, moja fantastyczna rodzicielka poważnie zachorowała. Zadziwiło mnie jak istotnym problemem w tak poważnej sytuacji okazał się OBIAT. Oczywiście jestem wdzięczna i wzruszona wszystkimi propozycjami ugotowania takowego przez bliższych i dalszych krewnych i znajomych. 
Chodzi mi o pytania naprawdę wielu osób, które brzmiały jakby albo zakładały, że bez nadzoru jedynej uprawnionej do czynności służbowych osoby, cała rodzina umrze z głodu z dnia na dzień i były już gotowe składać się na rekordowy wieniec, albo, że skoro jestem, wbrew pozorom, dorosłą osobą płci żeńskiej, oczywistym jest, że rzucam wszystko (magisterka, takie sprawy), permanentnie przeprowadzam się z powrotem do domu, przywdziewam uniform Czerwonego Krzyża i obejmuję posterunek w kuchni, ślubując, że nie spocznę, aż na każdym talerzu znajdzie się schabowy i ziemniory. 
Aha, pamiętajcie też, że nawet w sytuacjach kryzysowych obiad uznaje się za niebyły bez obrusa na stole. Patrzę wstecz na lata mojego studenckiego życia i aż mnie żal ściska.

 Wiem, że absolutna większość osób, z którymi ostatnio odbyłam rozmowy z obiadem w roli głównej miała dobre chęci. To nie świadczy źle o nich, ale o tym, jak silnie mamy zakorzenione w głowach przekonanie o obiedzie przygotowanym codziennie przez kobietę jako wartości absolutnej. Taka kobieta, pracująca zawodowo tyle co jej mężczyzna lub więcej, jest zobligowana do przyjęcia całkowitej odpowiedzialności za ogół procesów prowadzących do materializacji na stole obiadu, który mimo czasu i pracy który wymagało sprawienie tego cudu, zostanie uznany za oczywistość i naturalny proces jak wschód słońca albo zmiana pór roku. 
Drugim powodem, dla którego zaczęłam rozkminiać obiad są ostatnio opublikowane obliczenia wartości pracy domowej kobiet i mężczyzn, kolejno 2100 i 1200 zł miesięcznie. Ale o bardzo podobnych rzeczach już przecież kiedyś pisałam. Na szczęście stopniowo znika stygma złej kobiety, która woli jednak odpocząć po robocie czy zrobić cokolwiek innego niż tłuc kotlety, czy to dzięki zdrowemu podziałowi ról z partnerem, czy kupowaniu obiadów w stosownych przybytkach. A mężczyźni uczą się gotować (wowow), choć łatwo można wykryć osobniki do wykluczenia z puli genetycznej po ich pełnej gniewu i stresu reakcji na, skądinąd głupawe, hasełka typu "lepiej całuję niż gotuję".  

Przy okazji, wczoraj w pociągu słyszałam rozmowę telefoniczną chłopaka z matką. O obiedzie. Życzył sobie do niego frytek, a nie tego, co tam matka miała przygotowane i dziwił się, że to problem. "Oj mamo, wiem że idziesz do pracy ale to jeszcze zdążysz do sklepu skoczyć zanim wyjdziesz". Głupia kobieto, przecież i tak nie miałaś innych wyobrażeń o swoim czasie między gotowaniem a wyjściem na drugą zmianę.

Reasumując, obiady są super i na pewno podnoszą morale w zmartwionej rodzinie, która jest zmuszona posiedzieć trochę razem, zjeść coś pożywnego i chwilę pogadać, ale na bogów, zastanówmy się czy to jest w porządku, ile miliony kobiet poświęcają na nie czasu i uwagi, co wydaje się odwrotnie proporcjonalne do reakcji i uwagi domowników (no chyba, że raz nie będzie, albo zupa za słona).  

Monday, May 11, 2015

Stimpack w samo serce

Kiedy byłam małym dzieckiem, o którego prawidłowy rozwój oprócz naprawdę kochających i w fajnym stopniu niekonwencjonalych rodziców dbała proza Sapkowskiego, obrazy Bosha, zmyśleni przyjaciele i gry komputerowe, było kilka rzeczy, które wydawały mi się niewarte ryzyka, mimo oferowanych korzyści. Jedną z nich był Internet, bo chociaż niby coś tam obiecywał, istniało przecież ryzyko ataku tych legendarnych hakerów na mój folder z autorską grą planszową o pokemonach (przepraszam, Internecie, byłam młoda). 

Jeszcze jedną taką rzeczą były stimpacki w Starcrafcie. Niby fajnie, znacząca poprawa osiągów bojowych piechoty Terran, ale za cenę punktów życia. NIGDY nie zrobiłam tego żadnemu z moich żołnierzy. To było poświęcenie nie do przyjęcia. Wolałam okopać ich w bunkrach i obstawić czołgami (wciąż spoko strategia). Liczyłam, że jeśli będę bardzo tego chcieć i nigdzie się nie ruszać, żadna zmiana nie będzie musiała nastąpić.

w samo serce

Po latach zrozumiałam ukrytą głębię tego mechanizmu. To brzmi trochę jak pozytywne, motywujące hasła i temyśli.pl, że Wszystko Jest Po Coś i że Zawsze Oddajemy Coś Żeby Dostać Coś Lepszego. Tylko bez tej części z życzeniowym myśleniem, że cierpienie jest zawsze wynagradzane i po burzy zawsze wychodzi słońce piękniejsze niż wcześniej. Bo to się zdarza rzadko. Mój wniosek jest taki, że kiedy coś tracimy zwykle mamy coś innego. I to niekoniecznie jest lepsze. Jest inne i to nasza sprawa co z tym zrobimy. Cierpienie nas zmienia. Niekoniecznie uszlachetnia albo wzmacnia.

Najbardziej przewrotną lekcją w moim życiu było odkrycie, że najbardziej traumatyczne wydarzenia, które mnie spotkały obiektywnie mi się opłaciły. Po metaforycznym przejściu przez ogień z dnia na dzień przestałam się bać i brzydzić wielu rzeczy, które wcześniej mnie przerastały. Stałam się osobą odporną na lęki i wątpliwości, które powstrzymywały mnie przed dostawaniem czego chcę, a nawet przestałam nagle bać się podejrzanych dźwięków nocą, tematyki paranormalnej, horrorów i ciemności. Tak po prostu. 

Haczyk nr 1 polega na tym, że to nie dlatego, że obronną ręką wyszłam z próby. Po prostu miałam kupę szczęścia i zostałam złamana i straumatyzowana w sposób, który okazał się wręcz absurdalnie produktywny. 

Haczyk nr 2 polega na tym, że nie uważam, żeby można było tego ani uniknąć w życiu, ani dobrze tego wykorzystać jako strategii rozwoju. Takie rzeczy się dzieją, z większym lub mniejszym naszym udziałem. 

W swojej interpretacji staram się odciąć od szukania w tym obiektywnych wartości. To życie, nie fabuła powieści Paulo Coelho, nie ma jakiegoś ukrytego większego porządku, jest tylko to, co jest. Żyjąc doznajesz urazów i różne części twojego mózgu dosłownie i metaforycznie stają się tkanką bliznowatą. Obumierają ośrodki odpowiedzialne za przydatne i autodestrukcyjne funkcje i nie możemy przewidzieć ostatecznego rachunku zysków i strat. Żyjąc wbijajmy sobie w serce strzykawkę ze środkiem, który może nas uleczyć, ale też postarzyć (klasyczny motyw w fantastyce). Od nas zależy tylko co dla nas będą znaczyć te zmiany w nas samych.



Mądrość życiową można osiągnąć stosunkowo wcześnie, kiedy zdarzenia życiowe są refleksyjnie opracowywane, a sam człowiek ma dystans do swej wiedzy i przekonań, nieustannie się uczy, sprawdza w życiu i modyfikuje własne przekonania. O mądrości decyduje też bogactwo życiowych doświadczeń, dlatego częściej osiągamy ją w okresie dojrzałej dorosłości. Jednak jeśli swych doświadczeń nie poddamy refleksji, nie osiągniemy jej nigdy.
— Prof. dr hab. Piotr Oleś psycholog kliniczny

Sunday, April 26, 2015

5 (być może drugoplanowych) rzeczy, dla których polecam...

Starałam się za wszelką cenę uniknąć spojlerów.


1. Breaking Bad

Cierpienia macho


Oprócz wszystkich innych zalet, które niewątpliwie kwalifikują ten serial do kategorii arycydzieło, kocham Breaking Bad za postać Hanka Schradera. Ok, na pierwszy rzut oka mamy tu Dana Norrisa będącego Deanem Norrisem. Ale właśnie postać Hanka boleśnie i cudownie nienachalnie prześwietla problem sztywnych ról płciowych, które krzywdzą każdego, również mężczyznę (jeśli twoja reakcja brzmi mniej więcej: "O nieee, zrujonowałaś ten serial, on przecież był o hardcorowych akcjach a nie o jakimś dżender pierdoleniu! Nienawidzę cię!! Pewnie chcesz mordować mężczyzn i masz włosy pod pachami!" - zabierz swoje klaustrofobicznie zawężone horyzonty gdzie indziej dla własnego świętego spokoju). Hank jest zajebisty. Lojalny, odważny, sucharowato po twardzielsku zabawny, zdolny do szorstkiej męskiej przyjaźni i niezręcznej, lecz szczerej troski o bliskich, oddany swojej pracy i słusznej sprawie. Z czasem widzimy jego próby radzenia sobie z wyzwaniami tak, jak na faceta, którym jest, a mimo wszystkich swoich osiągnięć wciąż musi to pracowicie udowadniać, przystało. Jak mimo szczerych chęci nie potrafi okazać uczuć ludziom, dla których zrobiłby wszystko. To zmaganie daje nam dodatkowy wymiar nie tylko postaci, ale też całemu serialowi, który przecież oprócz narkotyków i strzelania do ludzi w badassowy sposób jest też właśnie o dumie, próbie samookreślenia, określaniu, co się w życiu dla nas liczy.



2. Turn

Realizm psychologiczny epoki, którego nie chcesz


Turn to niesamowicie fajny serial, o którym pewnie nigdy nie słyszeliście, mimo że jest dużą, klasyczną produkcją kostiumową, a nie żadnym offowym projektem. Tak bardzo hipsterskie produkcje zdarza mi się oglądać, że nawet hipsterzy nie znajo.
Jest pod bardzo wieloma względami godny polecenia, ale chcę wspomnieć o jednym. Prezentuje on postaci w swojej epoce, która (niewiarygodne) rządzi się innymi prawami niż nasza. Zwykle w serialach tego typu mimo wszystko pozytywne postaci zachowują się tak, jakby ktoś wziął sympatycznego typeczka o otwartym umyśle z naszych czasów i wrzucił w przedstawione realia jak gdyby nigdy nic. Bo kto by polubił bohatera, który, tak jak wszyscy w jego czasach, ma żenujące wyobrażenie o świecie i społeczeństwie, jest rasistą, seksistą, trzyma niewolników, bierze za  żonę nastolatkę itd? Tutaj nie jest to jakiś podstawowy element (i chwała bogom, bo to by było nachalne), ani shocker, ale momentami nagle czuje się taką szpilkę w mózgu. Przyjemnie odświeżające.


3. Gra o tron

Hart ciała i umysłu



Może banał, ale Gra potrafi angażować. Również w gównoburze, spory o kretyńskie rzeczy doprowadzające szanujących się (w miarę) dorosłych (czasem kwestia nieco dyskusyjna) ludzi do stanów, z których nawet Korwin, Tomasz Terlikowski, Janusz Palikot i Krystyna Pawłowicz zamknięci razen w pokoju 2m/2m na 24 godziny nie byliby dumni. Spojlery stają się zdecydowanie większym problemem, niż powinny, ale już grasz w tę grę. Sztuka unikania ich wyostrza zmysły, poprawia refleks, uczy podejrzliwości i zachęca do życiowego powrotu do absolutnego średniowiecza (zmniejszony czas w internecie i spacery zamiast tramwajów, gdzie ludzie beztrosko prowadzą kółka dyskusyjne, w newralgicznym sezonie). A takie skille zawsze się przydają.




4. Girls

Bolesna introspekcja

Girls to serial, który uwielbiam oglądać za jego życiowy realizm, ale nienawidzę oglądać z dokładnie tego samego powodu. Jest smutno, jest strasznie, jest prawdziwie. O zagubieniu w życiu po dwudziestce, o relacjach w rodzinie, o znajdowaniu się w pracy, o związkach, o seksie i oczywiście o przyjaźni. 

To pierwszy serial, w którym sporo postaci prowadzi dość rozwiązły styl życia, a jednak mnie to nie irytuje. Czemu? Bo są realistyczne konsekwencje i to nie w postaci wrzuconego przewidywalnego i sztampowego dramatu w formie ciąży czy choroby. Ludzie czasem z różnych kiepskich powodów zbyt się do siebie zbliżają a potem wszystkim jest przykro. I to jest potężne i świeże.
Jednak najboleśniejszy jest nasuwający się wniosek - wszyscy jesteśmy cholernymi egocentrykami. Nikt nie potrafi tak naprawdę być dla kogoś, tak zdrowo. Nasze problemy czynią nas ślepymi na tragedię innych. Nie potrafimy kochać. Nie potrafimy pokonać dumy. Nie potrafimy zobaczyć drugiego człowieka nie przez pryzmat naszych własnych potrzeb i oczekiwań.
Girls to serial, który zmusza mnie do nieprzyjemnego samorozrachunku i podejmowania prób poprawy moich realacji z ludźmi, ale również sprawia, że mam ochotę się załamać i poddać. To nieprzyjemne uczucie jest jego największą zaletą.



5. Parks and recreation

Cudowna przemiana, do której nie dochodzi. Tak jakby.


Jasne, to sitcom. Szczęśliwe zakończenia i deus ex machina są absolutną normą, postaci są lekko karykaturalne. Ale co bardzo moim zdaniem ciekawe, mamy do czynienia z dość unikalnym schematem rozwoju (czasami głęboko) dysfunkcjonalnych postaci. Ok, fani serialu mogą wchodzić w niekończące się spiny na tle ostatniego sezonu i dalszych losów postaci, które w nim przedstawiono (wyszedł w styczniu). Ale na przestrzeni serialu właściwego zaskoczyło mnie to, że bohaterowie nie szli jednym z dwóch oczywistych scenariuszy - życiowe ogarnięcia (trochę jak w Przyjaciołach), albo pogłębiająca się flanderyzacja, czyli zmiana postaci w kierunku wynaturzonej karykatury swojej pierowotnej wersji, która opiera się na jednej lub kilku jej cechach charakterystycznych (też trochę jak w Przyjaciołach). Wiem, że można szukać dowodów przeciwko mojej obserwacji, ale widzę tu jednak co innego. Wieczne dzieci i dziwolągi różnej maści nie stają się ani konwencjonalnie funkcjonalne, ani nie popadają w głębię swojej dysfunkcji. Dla mnie super.

Monday, April 20, 2015

Gut feelings & gut feelz

Może to znowu takie lekkie marudzenie na naszą represywną cywilizację, w której wszystko co najgorsze z tradycyjnych, surowych i negujących prawo do indywidualizmu tradycji łączy się z przygniatającą swobodę odczuwania propagandą sukcesu i generalnie materialistycznym nurtem bycia cool, fit i happy. To wszystko tworzy pętlę zaciskającą się na szyi człowieka, który czuje jakiś wewnętrzny sprzeciw. Nie chce przyjąć jako prawdę objawioną, że ważne, żeby PKB rosło, że gluten to trucizna albo że będzie się świetnie bawić na tej akurat imprezie. Albo nie jest przekonany do studiów, pracy, czy związku, które czuje, że powinny być powodem do szczęścia i wdzięczności. Narzucone normy mogą się różnić, ale mechanizm systemu represji trwa. Nikt nie chce być wyrzutkiem, bo na przykład ma marzenia o życiu niepasującym do generalnie przyjętej wizji.
Przyznaję, że należę do ludzi, którzy nie lubią rozczarowywać i nie spełniać oczekiwań innych, co w połączeniu z moim niezadowoleniem z zastanego porządku i niechęcią do gryzienia się w język gdy idzie o coś, w co wierzę jest dość problematyczne. Kiedy nie chodzi o jakąś wielką sprawę wolę jednak się już przemóc i nie szarpać. I dobrze, ale zostaje całe to uczucie w brzuchu, że coś jest nie tak. Takie gut feeling, przeczucie. Hej, umysł ponad materią! Nie muszę ulegać czemuś takiemu. Ale takie uczucia mogą stać się gut feelz, nieszczęściem i żalem, który nosimy gdzieś w brzuchu. Tak bardzo wierzysz, że nie masz nic przeciwko, że twoje ciało też w to wierzy i interpretuje ten żal jak coś bardzo fizycznego. Tak bardzo, że lekarze albo faktycznie diagnozują jakąś psychosomatyczną chorobę, w którą się ciężkim wysiłkiem sami wpędziliśmy, albo miesiącami dają się razem z nami wodzić za nos i są pewni że gdzieś musi być ten guz. A my po prostu tak bardzo nie chcemy sami przed sobą się przyznać, że coś nam nie pasuje.

Ludzie łatwiej zrozumieją, że boli cię brzuch, albo bardzo chce ci się spać, niż, że nie masz już ochoty być na tej imprezie. Łatwiej rzucić studia z powodu jakichś strasznych dolegliwości niż po prostu powiedzieć sobie i innym, że to nie było to, może jednak chcę robić coś mniej prestiżowego.
Jednak lepiej brzmi "przepraszam, ale nie jestem gotowa na wyjście z tą ekipą z powodu psychosomatycznych skurczów żołądka" niż "chce mi się rzygać gdy myślę o waszych tępych zachlanych mordach kiedy licytujecie się na frajerskie docinki".

Z drugiej strony, niekomfortowa sytuacja jest zawsze niekomfortowa, zwłaszcza na początku czy wobec wyzwania, a generalnie w życiu nie dostaje się tego, czego się chce tylko poprzez komfortowe sytuacje. Czasem ta fizyczna intuicja nie mówi "nie idź tam", tylko "nie mam ochoty przechodzić przez ten etap drogi do tego celu".

Nie wierzę, że można ten problem rozwiązać wybierając jedną z odpowiedzi - zawsze stawiaj czoła temu, co jest trudne, wychodź ze swojej strefy komofortu kiedy tylko możesz, albo słuchaj swojego brzucha i nigdy nie rób tego, na co nie masz ochoty. Myślę, że odpowiedzią jest zadawane sobie samemu za każdym razem pytanie - czemu mój brzuch mi to mówi, czy to rzecz, której mogę i powinienem dać się trochę zniszczyć. A ponieważ brzuch, jak każda inna część ciała, nie posiada zmysłu perspektywy musimy się liczyć z tym, że jego trafna na daną chwilę ocena może nas wpędzić w bezsenne noce walenia głową w kant stolika nocnego z niedowierzania w przyszłości. Mimo to, lepiej pytać niż nie pytać. Powodzenia!

Sunday, March 29, 2015

Bogowie, śmiertelność i zwykłe chamstwo

Jestem zdania, że w wolnym kraju każdy powinien mieć prawo w spokoju i bez lęku wierzyć w co tylko uznaje za słuszne, nieważne czy jest to Jezus, Ashtar Sheran czy Latający Potwór Spaghetti. 
Byłoby też miło, gdyby osoby obdarzone takim prawem wykorzystywały je w celach, do których jednak nie zalicza się bycie okrutnym i przyznającym sobie arbitralne prawo do decydowaniu o godności innych ludzi dupkiem. I nie, tym razem nie mówię o dominującej religii tego kraju. 
Niech to będzie jasne, uważam, że każdy obdarzony średnią inteligencją paranoik, który postanawia pokładać całkowitą, niezachwianą wiarę w dowolnych spiskowych portalach internetowych, a za to z zasady odrzucać wszystko, co ma jakiś związek z nauką, medycyną i zdrowym rozsądkiem (i nazywać tego samodzielnym, niezależnym myśleniem) ma do tego święte prawo. Tak jak ja mam prawo prywatnie uważać taką osobę za idiotę. Jednak tak długo, jak jest nieszkodliwym idiotą wszystko powinno być w doskonałym porządku. 


O, no właśnie. W porządku. W nowym porządku świata (NWO). 
Może ich R&G człowieka jest kwestią sporną, ale jeśli życzą sobie nosić czapeczki z folii aluminowej - okej. Gorzej kiedy wiara w bliżej nieznany spisek wyniszczenia ludności zaczyna służyć jako wymówka do krzywdzenia innych. Czy zalicza się do tego próba uniknięcia zaszczepienia własnych dzieci? Być może, ale ten temat jest bardzo złożony. Natomiast niezwykle proste jest to, że publiczne ośmieszanie ludzi, którzy cierpią i jeszcze próbują pomóc innym oraz zarzucanie im najgorszych możliwych intencji jest oczywistym przekroczeniem granicy. Obserwowałam stadko pozornie niegroźnych oszołomów toczących bekę z decyzji Angeliny Jolie i uparcie twierdzących, że walić Angelię, tu chodzi o ratowanie ludzkości przed upadkiem (OK.). Oczywiście tłumy przypadkowych fejsbukowych przechodniów nie zagłębiają się w temat, tylko dołączają do pobieżnych heheszków z ludzkiego dramatu (bo zawsze fajnie jak komuś znanemu i atrakcyjnemu stanie się krzywda). Tymczasem nasze obserwowane osobniki tłumaczą, że problem jest jednocześnie tematem zastępczym bez żadnego znaczenia, jak również częścią planu wytępienia ludzkości, bo promuje (magiczne słowo, "promować"... ) usuwanie sobie narządów rozrodczych dla mody, a tak naprawdę dla zagłady ludzkości. Jak łatwo możemy się domyślić, pozorna troska Angeliny o własne i cudze dzieci na tym świecie to tylko sprytna przykrywka dla agentki NWO, która jak niczego pragnie radykalnej redukcji ludzkiej rasy. Co zaczyna mieć sens, przecież oglądałam SALT (mam nadzieję, że to nie spojler).
Tak, na celowniku są jajniki twojej starej
Kiedy zarzuci się im nieczułość, bo mówimy o konkretnych, prawdziwych ludziach i ich cierpieniu słyszymy, że i tak każdy jest śmiertelny i nie da się uniknąć każdego zagrożenia (a jednak założę się, że sami rozglądają się zanim przejdą przez ulicę). Uwielbiam takie wymówki, cudza śmiertelność jest najlepszym znieczulaczem. Z resztą, jak sami twierdzą (co doskonale harmonizuje z resztą wykładanych przez nich oczywistych prawd na temat życia i wyborów Angeliny) ten problem i tak jest marginalny i mówienie o nim nic nie zmieni (tak jak o wszystkich mało popularnych chorobach i przemocy domowej), a wręcz zaszkodzi, bo przyćmi najważniejszy problem - zagładę rodziny. Zabawne jak ryzyko śmierci matek i przemoc w rodzinie nie ma z tym żadnego związku.